Ameryka Południowa to jedno z moich marzeń podróżniczych. Tak wiem, mam ich wiele, ale taki Meksyk, Brazylia czy Chile to miejsca, które szczególnie chciałabym kiedyś zobaczyć, poczuć, przeżyć.
Dlatego też gdy w moje ręce dostała się książka-reportaż “Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę” wydawnictwa Muza wiedziałam, że będę ją czytać jednym tchem.

 

Tak mi się czasami wydaje, że osoby, które przeżyły w swoim życiu przygodę pod tytułem “Erasmus” patrzą na świat nieco inaczej. Osoby, które nie były na Erasmusie, ale przebywały chociaż chwilę w zagranicznym towarzystwie również. (Oczywiście nie jest powiedziane, że tak musi być. Znam osoby, które były na Erasmusie i nie przepadają za podróżami oraz takie, które mieszkają w małych mieścinach, a w ich głowie dudni co chwilę jedna myśl “gdzie teraz pojechać?”). Nie jest to potwierdzone żadnymi badaniami naukowymi. Tak mi się po prostu wydaje, tak wynika z moich obserwacji.
Dlatego też, gdy Tony Kososki (a raczej Przemek Śleziak) na początku książki podzielił się informacją, że spędził swojego Erasmusa w Portugalii wiedziałam, że ten reportaż nie będzie nudny. Nie może być nudny. Nie myliłam się.

 

Przemek rozpoczyna swoją opowieść wspomnieniami z Erasmusa. Dzieli się swoimi przeżyciami i przemyśleniami, opowiada o zdobytych znajomościach oraz pokazuje jak kiełkowała w nim myśl o wyprawie jego życia.
Podróż do Brazylii wychodzi spontanicznie i trochę przez przypadek. Chłopak, jeden z niewielu szczęśliwców, wyjeżdża jako wolontariusz do Rio de Janeiro na Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. I to od tego zaczyna się jego przygoda z Ameryką Południową. Przygoda, która miała trwać 2, a zakończyła się po 16 miesiącach.

 

Przemek podróżuje przez Brazylię, Boliwię i Peru. W większości stopem, który w Ameryce Południowej jest okrzyknięty jako najniebezpieczniejszy środek transportu. Nocuje w większości pod namiotem. Piszę “w większości”, bo oczywiście udaje mu się jeździć autokarem czy nocować u przypadkowo spotkanych ludzi, ale są to momenty, które śmiało można nazwać luksusem.

 

Opowieść zaczyna się oczywiście od mundialu i od różnych sytuacji z nim związanych (rozmowa wstępna, praca podczas meczów, wielkomiejski klimat). Przesiadujemy z Przemkiem na plaży Copacabana, jesteśmy gośćmi bogatej klasy wyższej, jeździmy miejskimi autobusami i imprezujemy w faveli. Udajemy się do Belo Horizonte, żeby zaraz później pojechać do stolicy Brazylii, Brasilii. Śpimy na stacji benzynowej i łapiemy stopa do Boliwii.

A w Boliwii przygód jest jeszcze więcej. Jedziemy “pociągiem śmierci”, zwiedzamy Santa Cruz i nie dajemy się wylegitymować fałszywej policji, myjemy się raz na trzy dni, żujemy liście koki, zwiedzamy kopalnię srebra w Potosì, łapiemy stopa na bramkach i zachwycamy się pustynią solną w Uyuni, pracując tam jako przewodnik.

Po Boliwii przychodzi czas na Peru. Egzotyczne Peru. A w nim jedziemy stopem z polską rodziną, spacerujemy po wyspie z trzciny, obserwujemy pingwiny w Rezerwacie Paracas, uprawiany sandboarding, piszemy pracę inżynierską w La Paz, wchodzimy na Machu Picchu, pracujemy na statku do Iquitos i spędzamy Boże Narodzenie w polskiej atmosferze z dala od domu.

Jest ciekawie, co?

 

“Nie każdy Brazylijczyk…” to nie jest zwykły reportaż. To niezwykle szczery i prawdziwy zapis podróży po krajach, które nie mają dobrej reputacji. Przemek odczarowuje je trochę i pokazuje, że przy odrobinie szczęścia i trzeźwości umysłu można się w nich czuć w miarę bezpiecznie.

 

Raz po raz przeczytamy, że kolejny stereotyp został obalony. Na początku trochę mnie to irytowało, ale później pomyślałam sobie, że przecież żyjemy w cywilizacji stereotypów. Oceniamy i jesteśmy oceniani na podstawie ogólnie przyjętych prawd, które koło nich nawet nie stały. Tony udowadnia, że to właśnie stereotypy nas ograniczają i że porzucając je możemy przeżyć naprawdę fajne życie i poznać fantastycznych ludzi.

 

“Ruszaj w drogę, niech prowadzą cię ludzie”. Takie zdanie znajduje się na ostatniej stronie okładki. Tony przemieszczał się sam, ale z ogromną pomocą lokalnej ludności. Nie przetrwałby, gdyby nie oni. Prości, niezwykle oddani i szczerzy ludzie, którzy podzielą się ostatnią kromką chleba, nie oczekując niczego w zamian. Ludzie niezepsuci egoizmem i współczesną cywilizacją. Ten reportaż nie tylko przybliża nam trzy różne kraje, ale przede wszystkim opowiada o ich mieszkańcach, kulturze i zwyczajach.

 

“Nie każdy Brazylijczyk…” czyta się niezwykle szybko, a to dzięki prostemu językowi i narracji, która przypomina opowiadanie swoich przygód najlepszemu przyjacielowi. Jest zabawnie, dosadnie, czuć ekscytację i frustrację, a odwaga miejscami ustępuje strachowi. Jest po ludzku. W końcu 23-letni inżynier mechatroniki nie może podkoloryzować rzeczywistości, używając trudnych kolokwializmów. To nie w jego stylu.

 

 

Jeśli jesteście zapalonymi podróżnikami, jeśli marzycie o wyprawie do Ameryki Południowej, ale nie macie jeszcze wystarczająco dużo środków, jeśli ciągle gdzieś Was gna i nie możecie usiedzieć w jednym miejscu, to polecam Wam ten reportaż z ręką na sercu. Nie będziecie zawiedzeni, nie znudzicie się ani przez sekundę. Zmienicie za to sposób patrzenia na świat i zdacie sobie sprawę z dobrobytu w jakim żyjecie. Bo dach nad głową i dostęp do czystej wody to luksus, którego gdzie indziej brakuje.

 

Kinga Gajewska
Follow me

Kinga Gajewska

Spodobał Ci się ten post?
- Udostępnij komentarz na Facebooku (będę zaszczycona)
- Polub mój funpage (będę wiedzieć czy to moje bazgrolenie ma sens)
- Zostaw komentarz. Może chcesz coś dodać, czymś się podzielić, coś poprawić. Chętnie się o tym dowiem.
Kinga Gajewska
Follow me