Lubię takie książki. Bardzo lubię. Rozbudzają chęć przeżycia przygody, pokazują, że ograniczenia istnieją tylko w naszych głowach i pozwalają wierzyć, że marzenia się spełniają. Dobry pamiętnik podróżniczy właśnie taki powinien być. I jest.

 

 

O czym jest książka?

“Rowerem do Indii” to relacja z podróży rowerem przez Ukrainę, Turcję, Iran, Pakistan, Nepal i Indie. Autorem tego dziennika jest Adam Chałupski, młody chłopak, architekt z Rzeszowa. Podróż rowerem w nieznane to nie pierwsza jego wyprawa tego typu. Już na studiach pojechał wraz z kolegami do Włoch. Pięć lat później wybrał się w całkiem inne miejsca, nie tylko ze względu na kierunek geograficzny, ale i (przede wszystkim) ze względu na kulturę. Do tej podróży przygotowywał się trzy miesiące, w czasie których załatwiał wizy, szczepienia i trochę biegał. W końcu pojechał. Sam, bo nie mógł znaleźć idealnego towarzysza i bez żadnej wiedzy na temat miejsc, w które się udaje. Brak przygotowania do podróży i zerowa znajomość warunków klimatycznych i lokalnych obyczajów kilka razy zmusiły go do improwizowania. Ale czy nie to jest najpiękniejsze w całym akcie podróżowania?

 

Dzienniki rozpoczynają się odprawą paszportową na przejściu granicznym w Medyce, na którym Adam wsiada w pociąg do Odessy. Data to 19 marca 2005 roku. Przez najbliższe 3 miesiące, do 16 czerwca, będziemy towarzyszymy mu w różnego typu przygodach z rowerem w tle. Jedziemy z nim lokalnym autobusem przez tureckie góry, bo… właśnie spadł tam śnieg, a to nie było przewidziane. W autokarze pełnym miejscowych zajadamy się zupką chińską, którą robimy furorę. Bo to przecież to niemożliwe, żeby makaron miękł tak szybko. Odwiedzamy Stambuł, Ezurum i Van, miasto położone nad ogromnym słonym jeziorem.

Wjeżdżamy autobusem do Iranu i zaprzyjaźniamy się z dwoma lokalsami, u których później będziemy nocować w Teheranie. Przejeżdżamy przez ciemne tunele i ledwo uchodzimy z życiem. Śpimy na terenie górzystym, bezludnym lub w namiotach Czerwonego Półksiężyca. Zwiedzamy Teheran i spędzamy irańskie święto “Zielony Dzień” z miejscową rodziną. Przejeżdżamy przez Ezfahan, Nain, Yazd i Persepolis, naprawiamy rower, zaprzyjaźniamy się z lekarzem i legitymujemy się podczas kontroli drogowej.

 

“Już na początku drogi przekonałem się, że inni Irańczycy są również bardzo przyjaźni. Nie byłem jeszcze nigdy w kraju tak dobrze nastawionym do obcokrajowców. Od razu wprawdzie czuć tu niechęć do Ameryki, ale nie objawia się ona w nienawiści do Amerykanów. Jako Polak podróżujący samotnie od początku czuję się tu zupełnie bezpiecznie. […] Sklepikarze wołają do mnie, pytając, skąd jestem. Po kilku kilometrach już rozumiem, że nie wyjechałbym z miasta, gdybym z każdym chciał porozmawiać.”

 

Dalej jest już tylko lepiej. Wjeżdżamy do Pakistanu, uczymy się urdu i dowiadujemy się od tutejszych żołnierzy, że Hitler był dobrym człowiekiem. Indie uderzają nas mieszanką nie tylko kulturową, ale też i architektoniczną i kastową. Wszystko jest tu bardzo kolorowe i jednocześnie brudne, a biedę widać gołym okiem. Śpimy w miejscowej świątyni, zwiedzamy Delhi i załatwiamy wizę do Nepalu. Następnie udajemy się do Nepalu po to, żeby zobaczyć Himalaje, Sanktuarium Annapurny i odwiedzić zachwycające Katmandu. Po tych przygodach wracamy do Indii. Uczestniczymy w tradycyjnych uroczystościach pogrzebowych w Patnie i jedziemy do Kalkuty. Próbujemy przekroczyć granicę z Bangladeszem, ale bez powodzenia. Wracamy do Kalkuty i z narastającymi objawami jakiejś dziwnej choroby wracamy do Polski.

 

“Wszystko, co mówi się o indyjskiej biedzie, jest prawdą. Aby się o tym przekonać, trzeba to zobaczyć na własne oczy. Biedacy leżą na poboczach razem z psami i wydaje się, że nie oddychają. W plastikowych slumsach gęsto gnieżdżą się ubrani w łachmany pariasi, a wokół biegają rozwrzeszczane, brudne dzieciaki. Grzebią razem z psami w górach śmieci na poboczach. […] Święte krowy całkowicie paraliżują ruch na drogach, który i bez nich jest istnym koszmarem. Stężenie spalin w powierzy przekracza wszelkie normy. Najgorszymi trucicielami są trzykołowe zielono-żółte taksówki na ropę. Zewsząd podchodzą do mnie żebracy lub handlarze, próbując wymusić jałmużnę lub wcisnąć jakąś rzecz. 

 

Moja (subiektywna) opinia

“Rowerem do Indii” to lekki dziennik z podróży, który miejscami zachwyca, ciekawi i trzyma w napięciu, w końcu każda niezaplanowana wyprawa przynosi ze sobą coś niespodziewanego. Książka napisana jest bardzo prostym językiem. Mamy tu dużo opisów z drogi, które miejscami mogą nużyć, ale w końcu jazda na rowerze to nie to samo co luksusowy samochód.

Liczne opisy miejsc i kultur są niesamowicie ciekawe. Spostrzeżenia autora na temat lokalnej ludności są trafne, ujmujące i niezwykle ciepłe. Czuć, że Adam pochodził do całej podróży i obcych kultur ze szczerym i otwartym sercem, próbując w każdym znaleźć coś dobrego. Jego pozytywne nastawienie można odczytać na każdej stronie tej książki. Nie narzeka, bierze to, co zostało mu dane.

Ogromnym plusem jest brak nadęcia. Miejsca, ludzie i ich zachowania są przez Adama opisane w bardzo pozytywny sposób, pokazując, że to coś normalnego, tam tak jest. Czasami wkurza się, że lokalni mieszkańcy za bardzo się nim interesują i że zatrzymują go na pogaduszki, ale rozumie, że samotnie podróżujący człowiek z zachodu jest tu rzadkością. To, co piękne to świadomość, że autor nie stawia się na lepszej pozycji w stosunku do miejscowych. Wszystkich traktuje na równi i sam jest równy innym. Piękna lekcja pokory.

To, co mnie osobiście zachwyca w tej książce to duża odwaga, liczne i szczegółowe opisy miejsc, budynków i kultur oraz zdjęcia. To chyba pierwsza książka podróżnicza, która zaspokoiła mój niedosyt jeśli chodzi o fotografie z wyprawy. Zdjęć pokazujących prawdziwe oblicze dalekich miejsc nigdy za wiele.

 

Czy warto?

Jak najbardziej! “Rowerem do Indii” to książka dla zapalonych rowerzystów, którzy mają ochotę na dalekie podróże, osób, które chciałyby zwiedzić wschodnie rejony, ale boją się lub wiedzą, że to jeszcze nie teraz. Dla marzycieli, którzy nie wierzą, że wszystko jest możliwe i dla zapalonych podróżników, którzy szukają inspiracji do dalszych wypraw.
Dla mnie lektura tej książki była czymś fantastycznym i tylko rozbudziła mój apetyt na więcej. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że muszę pojechać do Indii i zafascynowała Iranem, który (jak się okazuje) wcale nie jest taki niebezpieczny.

 

“Dzięki poznawaniu przyjaznej różnorodności świata człowiek może pozbyć się niepokoju, jaki budzi zamknięcie w kreowanej przez media quasi-rzeczywistości fobii i przesądów, podsycanych dla uzasadnienia brudnych interesów agresywnych mocarstw, dążących przemocą do zmonopolizowania władzy nad światem. Podróż wszak daje możliwość poznawania świata osobiście, bez pośrednictwa skorumpowanych tłumaczy i twórców iluzji, oraz stwarza okazję nauki o jego prawdziwej naturze.”