Lubię zagłębić się czasem w książki typu “Pod słońcem Toskanii”. Będąc filologiem i tłumaczem języka włoskiego bardzo bliska jest mi kultura tego pięknego kraju. Interesuje mnie jednak, jak postrzegają ją osoby niekoniecznie związane zawodowo z Włochami. Z takich luźnych opowieści o słonecznej Italii przeczytałam też “Dom na Sycylii”, Słodki jak miód, kwaśny jak cytryny“, “Tysiąc dni w Toskanii” czy “Winnica w Toskanii”. Ostatnio w moje ręce wpadła (całkiem przypadkowo) książka “Miłość w Apulii” z pięknym Fiatem 500 w stylu sycylijskiego carretto siciliano na okładce. Nie mogłam się oprzeć i skusiłam się na jej lekturę. Czy było warto?

 

 

O czym jest “Miłość w Apulii”?

Powieść autorstwa Chrisa Harrisona (Crrisa Arisona bez “h”) to, w dużym skrócie, kolejna książka w stylu “życie we Włoszech jest piękne i wspaniałe”. Jest jednak parę rzeczy, które odróżnia ją od innych pozycji. I to właśnie w tym tkwi jej urok.

Po pierwsze, tym razem to facet przenosi się do Włoch za swoją miłością. Tym facetem jest Chris Harrison, Australijczyk z krwi i kości, który dla swojej dziewczyny Danieli, przypadkowo poznanej w irlandzkim pubie, przeprowadza się do Apulii – pięknego i słonecznego regionu na południu Włoch. Miasteczko Andrano, w którym przychodzi mu mieszkać, jest typowym, stereotypowym miastem z południa. Nie ma tu pracy, nikt nie mówi po angielsku, wszyscy się znają, wszyscy o sobie plotkują i wszyscy się ze sobą przyjaźnią. Na kawę idzie się do jedynego baru, tankuje się na jedynej stacji benzynowej u signora Api, a zakupy robi się u obwoźnych sprzedawców, których nie sposób nie usłyszeć. Nikomu się tu nie spieszy, każdy ma czas i wyznaje zasadę “dolce far niente” (słodkie nic nierobienie). W urzędach ciężko jest cokolwiek załatwić chyba, że ma się odpowiednie znajomości lub zna się kogoś kto zna kogoś kto zna kogoś. Nic tu nie działa, karabinierzy sami łamią prawo, a korupcja to oczywista oczywistość, która nikogo nie dziwi. Dzwon jedynego w miasteczku kościoła wybija każdą pełną godzinę i chyba tylko jemu nie przeszkadza to, co się tu dzieje.

Po drugie, Chris nie koloryzuje życia we Włoszech. Z początku widzi same zalety (piękna pogoda, pyszne jedzenie, relaks i wyluzowani mieszkańcy), które szybko zaczyna stawiać w opozycji do wad. A tych, jakby nie patrzeć, jest sporo.
No i po trzecie, ponieważ Chris i Daniela w którymś momencie postanawiają wyemigrować za pracą do Mediolanu, możemy przekonać się jak wygląda styl życia Włochów na północy i na południu kraju. Co więcej, samemu można zdać sobie sprawę, że między tymi dwiema częściami Italii istnieje ogromna przepaść, której nie potrafią załatać nawet sami zainteresowani. Co dopiero Australijczyk, który stawia w tym kraju pierwsze kroki, uczy się języka i oswaja z rzeczywistością.

 

 

Moja (subiektywna) opinia

Lubię czytać powieści, których akcja dzieje się we Włoszech, a jeśli jeszcze ukazują prawdziwe życie zwykłych mieszkańców to już w ogóle super. W “Miłości w Apulii” czytelnik ma okazję liznąć nie tylko prawdziwego życia Włochów, ale i zderzenia się z nim zwykłego obcokrajowca z (powiedzmy to sobie szczerze) cywilizowanego kraju. Nie żeby Włochy były niecywilizowane, ale uwierzcie mi na słowo – jest naprawdę wiele rzeczy, których działanie w tym kraju odbiega od ogólnie przyjętej normy.

Z początku lektura wspomnień Chrisa lekko mnie nużyła. To nie jest opowieść pełna zwrotów akcji, raczej spokojne przybliżenie kultury, którą niby wszyscy znamy, ale jeśli nie mieszkaliśmy we Włoszech, to tak naprawdę nic o niej nie wiemy. Z każdym kolejnym rozdziałem czekałam na wesołe, ale i deprymujące przygody Chrisa. Bo Włochy to nie tylko dolce vita, to przede wszystkim szkoła życia. Jeśli się ją przetrwa, przetrwa się już wszystko.

Czytając pierwsze strony “Miłości w Apulii” denerwowało mnie to, że Chris przesadza z niektórymi sytuacjami, że za bardzo koloryzuje pewne włoskie zachowania. Po czym przypomniałam sobie momenty, w których ja sama borykałam się z włoskim absurdem lub sytuacje z życia wzięte, w których sama uczestniczyłam i stwierdziłam, że to nie przesada, to po prostu sama prawda, tylko że w dużym natężeniu. Z każdym kolejnym przykładem włoskiej codzienności uśmiechałam się pod nosem i kiwałam głową – tak, tak to wygląda, tak tam jest.
Autor przytacza naprawdę sporo historii, które dla nie Włocha lub osoby nie związanej z tym krajem, wydawać się mogą czymś nierzeczywistym. Prawda jest taka, że to, co dzieje się w Apulii, dzieje się w na co dzień w całych Włoszech, tylko będąc tam na wakacjach, nie jesteśmy w stanie tego doświadczyć.

 

“Nigdy nie było narodu tak beznadziejnie smutnego i zdesperowanego jak ci weseli Włosi”

 

 

Plusy

“Miłość w Apulii” to ciekawa, zabawna i humorystyczna opowieść, nafaszerowana włoskimi smaczkami kulturowymi. Czytelnik dowiaduje się naprawdę dużo ciekawych rzeczy na temat włoskiego stylu życia. Jak mieszkają Włosi, jak prowadzą samochód, jak wygląda tutejsza biurokracja, z jakimi problemami zderza się osoba przyjeżdżająca do pracy we Włoszech, jak wygląda życie w małym miasteczku na południu, jak szuka się pracy i jak się ją znajduje, jak poznaje się przyjaciół i w końcu jak bardzo różnią się między sobą mieszkańcy północy i południa Włoch. A różnią się naprawdę bardzo i wcale nie odnoszą się do siebie w przyjazny sposób. Poznajemy też tajniki życia w Mediolanie, które dla południowca jest najgorszą karą za (nie)popełnione grzechy. Dlaczego? O tym dowiecie się z książki.

Chris dzieli się też z czytelnikami przykładami swoich językowych wpadek, które w języku włoskim można popełnić często i zazwyczaj to błędne słowo jest, co tu dużo mówić, mało eleganckie.

Oprócz różnic kulturowych między Włochami a mieszkańcami innych krajów, które są widoczne gołym okiem, można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na temat prawdziwego życia w Italii, które do najłatwiejszych nie należy.

No i jest tu też epizod sycylijski, który opowiada co nieco o życiu i jedzeniu na tej wyspie.

 

“Tak, zdobywanie przyjaciół na Sycylii wiąże się z przybieraniem na wadze” 

 

 

Minusy

Jedyne co przeszkadzało mi w “Miłości w Apulii” to, wspomniane wcześniej, nudnawe momenty na początku lektury i brak zwrotów akcji, które jednak nie mogą się tu zdarzyć, bo to nie fikcja literacka, a przytoczenie prawdziwych sytuacji z życia wziętych. Większość osób może denerwować to, że oto Australijczyk przyjeżdża do Włoch i traktuje ten kraj jak coś gorszego, opowiadając jak to tam jest źle i nic nie działa. Prawda jest jednak taka, że codzienność mieszkańców buta tak właśnie wygląda i na co dzień mało jest rzeczy, które faktycznie dobrze działają.

 

“Turyści uwielbiają Włochy, ponieważ są w tym kraju jedynie przejazdem i widzą jego upiększoną twarz, letni makijaż skrywający szarą rzeczywistość. Idą według marszruty narzuconej przez przewodniki, odwiedzając zabytki, a nie współczesne osiedla; stoją w kolejkach, by obejrzeć freski, a nie po to, aby zapłacić rachunek telefoniczny, i wierzą, że życie we Włoszech jest wspaniałe, ponieważ tak właśnie twierdzą Włosi.”

 

 

Czy warto?

Jak najbardziej! “Miłość w Apulii” to nie tylko opowieść z miłością w tle, to przede wszystkim duża dawka ciekawostek na temat prawdziwego życia w tym pięknym kraju. Polecam ją osobom, które uwielbiają Włochy, ale nie mają zielonego pojęcia jak wygląda włoska codzienność z dala od turystycznych ścieżek; tym, którzy są spragnieni lekkiej, ale ciekawej i wciągającej lektury oraz tym, którzy Włochy znają i kochają (za i pomimo wszystko).

 

 

Zainteresowała Cię ta książka? Znajdziesz ją tutaj.