O tym filmie było głośno już od jakiegoś czasu – że to nowy obraz twórców “Bogów”, że zrewolucjonizuje polskie kino, że jeszcze tylu scen erotycznych to Polacy za jednym razem nie widzieli i, w końcu, że to film biograficzny o polskiej “pani od seksu” czyli o Michalinie Wisłockiej. Widz zaciekawiony to widz łasy na obejrzenie tak dobrze rozreklamowanego filmu. Dałam się namówić i ja. Czy było warto?

 

“Sztuka kochania” to film biograficzny opowiadający historię Michaliny Wisłockiej, popularyzatorki sztuki miłosnej w czasach PRL-u. Przeżywamy z nią kolejne etapy jej życia, począwszy od lat 30-40 kiedy to poznaje swojego męża Staszka i żyje w miłosnym trójkącie z nim i swoją przyjaciółką Wandą. W latach 50, w stalinowskiej Polsce, pracuje jako lekarz ginekolog, zdobywa doświadczenie, edukuje seksualnie swoje pacjentki i poznaje Jurka, który na zawsze zmieni jej postrzeganie na temat swojej seksualności i podejście do miłości. Ostatecznie widzimy Miśkę w latach 70 kiedy to walczy z partią oraz z cenzurą o wydanie swojej książki, która ma zrewolucjonizować sypialnie wszystkich Polaków. Wisłocka, uznana i ceniona pani doktor, uznawana przez władzę za wariatkę a przez kolegów ginekologów za amatorkę, która chce uświadamiać kobiety jeśli chodzi o “te sprawy”.

Nie myślcie sobie jednak, że te wątki następują jeden po drugim. Historie skaczą z lat 70 do 40, a następnie do 50. Widz musi być skupiony, aby nie pogubić się w datach. Średnio podoba mi się ten zabieg w filmach i jest to dla mnie mały minus.

 

Za scenariusz “Sztuki …” odpowiedzialny jest, tak jak i w przypadku “Bogów”, Krzysztof Rak. Reżyserią zajęła się Maria Sadowska, która jak wiadomo “ma nosa” do filmów o kobietach i która wniosła kilka poprawek do scenariusza (a konkretnie 16 wysmakowanych scen erotycznych – nie liczyłam, czy jest ich aż tyle, ale brawo za klasę i za brak wulgarności w tak śliskim temacie).
I tutaj też jest to historia o kobiecie… nie tylko dla kobiet. Opowieść o życiu Wisłockiej angażuje widza, wciąga go, momentami smuci, skłania do refleksji, ale też i bawi. Śledzimy perypetie bohaterki z wypiekami na twarzy, dopingujemy jej mimo tego, że momentami popełnia błędy i robi rzeczy, których robić nie powinna. Dziwimy się też, że w tej swojej otwartości i bezpruderyjności jest jednak tradycjonalistką.

 

Film nafaszerowany jest świetnymi polskimi aktorami – Piotr Adamczyk, Artur Barciś, Tomasz Kot, Arkadiusz Jakubik, Piotr Mecwaldowski, Eryk Lubos, Borys Szyc, Danuta Stenka, Karolina Gruszka, Dorota Kolak, Katarzyna Kwiatkowska. Sama śmietanka polskiego kina. Każdy, nawet najmniejszy, epizod jest tu świetnie zagrany i na długo zapada w pamięć. No i Piotr Adamczyk – w końcu przestał być papieżem, a stał się całkiem niezłym kochankiem.

 

Główną rolę przyznano Magdalenie Boczarskiej, która ze swojego zadania wywiązała się śpiewająco. Jej gra aktorska jest rewelacyjna i zasługuje na wielkie brawa. Specyficzny sposób mówienia Wisłockiej (i zmieniony na potrzeby filmu głos), sposób chodzenia, zachowanie – to wszystko jest w punkt. Podobno Boczarska przygotowywała się do tej roli spotykając się z córką Michaliny Wisłockiej i to pewnie dzięki temu postać bohaterki jest tak prawdziwa.

Duże uznanie należy się też charakteryzacji. Postarzenie Boczarskiej i zrobienie z niej takiej zwykłej babki z chustką na głowie wyszło idealnie. Jeśli ktoś myślał, że Magda jest za ładna do tej roli, to po obejrzeniu filmu przyzna, że nie miał racji. Boczarska w roli Wisłockiej jest niezwykle wiarygodna.

 

Ogromne (!!!) chapeau bas za scenografię i kostiumy. Dbałość o szczegóły z czasów PRL-u jest na wysokim poziomie. Stroje, wnętrza, samochody, ówcześnie używane słownictwo, biżuteria czy nawet ozdoby do włosów odwołują do minionej epoki. Wisłocka szyje sobie sukienkę z obrusu, a spódnicę z zasłony. Tancerka występująca za zachodnią granicą wzbudza zainteresowanie dzięki naszyjnikowi z papierów toaletowych (celny komentarz, że tyle papieru ma pewnie za występy zagranicą), a pani z urzędu ma we włosach ozdobę, którą pamiętam jeszcze z rodzinnego domu. Tak było – potwierdzą to osoby, które PRL przeżyły.

Warto zwrócić uwagę na to, że ten filmowy PRL nie jest tak szary, jak zwykło się go przedstawiać. Jest tu niezwykle żywo i kolorowo i to też wpływa na odbiór filmu.

 

Również muzyka przenosi nas w tamte czasy. PRL-owskie piosenki (np. “W co mam wierzyć” Miry Kubasińskiej) mieszają się z muzycznymi aranżacjami, za którymi stoi Jimek. Wychodzi to całkiem nieźle, żeby nie powiedzieć, że jest muzycznie dość ciekawie.

Do czego mogę się przyczepić? Do tego skakania między epizodami i do tego, że niektóre wątki mogłyby być nieco bardziej rozwinięte (np. historia córki Wisłockiej). Role dzieci też mogłyby zostać lepiej odegrane, ale nie ma aż takiej tragedii.

 

“Sztuka kochania” to kolejny dobry polski film, który chce się oglądać i który przekazuje nam trochę więcej, niż tylko ciekawą historię. Przyglądamy się jak wyglądała walka z cenzurą, walka o prawa kobiet w świecie rządzonym przez mężczyzn, walka o równouprawnienie w sferze przyjemności cielesnej. Książka Michaliny Wisłockiej wydana w 1976 roku sprzedała się w 7 milionach kopii. Była potrzebna wtedy i zdaje się, że jest potrzebna i dzisiaj. A historia tej zawziętej i charyzmatycznej kobiety może być dla nas ciekawym przykładem, że warto walczyć o swoje. Bo w państwie, w którym “tylko połowa społeczeństwa ma cipkę” kobiety, jeśli chcą, to potrafią się wspierać i wygrywać z władzą w rękach mężczyzn. Temat tak odległy i tak bardzo dzisiejszy.

 

P.S. Nie wychodźcie z kina przed napisami! Może Was ominąć zabawny i ciekawy wywiad z Wisłocką/Boczarską.

Kinga Gajewska
Follow me

Kinga Gajewska

Spodobał Ci się ten post?
- Udostępnij komentarz na Facebooku (będę zaszczycona)
- Polub mój funpage (będę wiedzieć czy to moje bazgrolenie ma sens)
- Zostaw komentarz. Może chcesz coś dodać, czymś się podzielić, coś poprawić. Chętnie się o tym dowiem.
Kinga Gajewska
Follow me