Gdy byłam małą dziewczynką mama śpiewała mi taką piosenkę. Było coś tam o kwiatkach, o imieninach i o przyjaciółce, ale zakończenie mówiło o tym, że “tylko matka umie kochać szczerze”. Urosłam, wydoroślałam, a tę piosenkę pamietam do tej pory. Iczasem faktycznie się zastanawiam, co w tych naszych matkach jest, że kochają nas bezwarunkową miłością. Pewnie taka już ich rola. Często na nie narzekamy. Wkurzamy się na to, że dzwonią i pytają czy: zjadłaś obiad?, ciepło się ubrałaś?, jesteś w pracy?, skończysz kiedyś te studia?, itd., itp. I chociaż jest to uciążliwe, to nikt nigdy nie będzie się o nas troszczył tak jak one. Na szczęście jest taki jeden dzień w roku kiedy możemy im za te wszystkie trudy podziękować. Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że chodzi o Dzień Matki.
I z tej właśnie okazji powstał nowy film Garry’ego Mashalla kręcony w Atlancie pod tytułem “Dzień Matki”, który miał swoj  światową premierę już po koniec kwietnia. U nas pojawił się dopiero w ten weekend pewnie dlatego, żeby z odpowiednim zapasem czasu przypomnieć o zbliżającym się święcie. Swoją drogą, amerykanie to jednak bardzo sprytny naród. “Jeśli już wykorzystałeś wszystkie swoje pomysły na prezent dla mamy, weź ją do kina!” (smiiiile – i tu pojawia się ten piękny amerykański uśmiech od ucha o ucha. Coś w stylu Julii Roberts). No i faktycznie, jeśli nie wiesz co podarować swojej mamie, to kup dwa bilety do kina i spędź z nią trochę czasu. Na co macie pójść? No jak to na co. Na nową amerykańską komedię “Dzień Matki”. A że u nas 26 maja wypada w święto i początek kolejnego długiego weekendu, to dlaczego nie?

MD-06487.CR2
Film opowiada perypetie kilku matek (i jednego ojca), których historie w niewymuszony sposób splatają się ze sobą. Jest Sandy (Jennifer Aniston) rozwiedziona matka dwójki synów. Jest Jesse (Kate Hudson), która wyszła za mąż za Hindusa i trzyma to w tajemnicy przed swoimi rodzicami. Miranda (cudowna Julia Roberts) to samotna królowa telezakupów, która postawiła na karierę. Kristin (Britt Robertson), czyli młoda matka, która nie może się zdecydować na ślub z ojcem swojego dziecka. W rolę ojca i matki dla swoich córek musi wejść wdowiec Bradley (Jason Sudeikis), który niedawno stracił żonę.
Są jeszcze dobrze zagrane postaci drugoplanowe. Hector Elizondo jako agent gwiazd, Timothy Olyphant w roli byłego męża Sandy oraz Margo Martindale, czyli konserwatywna i nieustępliwa matka Jesse. Powiedzmy, że to koniec.

Mothers-Day-2016-Movie-Wallpaper-39

Garry Marshall jest świetny w robieniu takich lekkich, miłych i przyjemnych filmów. Dosyć przewidywalnych, ale bawiących i wzruszających zarazem. Kto z nas nie widział chociażby “Pretty Woman”, “Uciekającej Panny Młodej”, “Walentynek”, czy “Sylwestra w Nowym Jorku”. Umówmy się, każdy z nas lubi raz na jakiś czas obejrzeć taki rozrywkowy film, w którym
mamy trochę śmiechu, trochę płaczu, ładne obrazki oraz znane i lubiane twarze. I nie ma w tym nic złego. Jeśli chcecie to utrzymać w tajemnicy to ok, ale ja się otwarcie przyznaję – na tym filmie bardzo dobrze się bawiłam. Historie bohaterów zostały dość dobrze przemyślane i nakreślone.

mothers-day-movie-1

To co mnie osobiście się tutaj podoba to to, że miło tej całej komediowej otoczki każda z opowiedzianych historii ma swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Jest puenta i jest morał. Każda z matek odbiera swoją życiową lekcję, która nas widzów ma przekonać o tym, że wcale nie jest łatwo być matką. Że matka to praca na cały etat (a czasem i dwa). Aby nam to udowodnić, twórcy filmu wpletli między matki rolę ojca, który musi sam sprostać zadaniu wychowania swoich nastoletnich córek. Czy mu to wychodzi? Tego Wam nie zdradzę. Powiem tylko tyle – kibicuję Bradleyowi 🙂 Postać takiego tatuśka po przejściach zawsze wzbudza w człowieku pozytywne uczucia.

bradleyy

Żeby nie było tak nudno i i zbyt słodko, dostajemy w komplecie wątek homoseksualny, rasistowski i historię dziewczyny porzuconej przez matkę. Są kłótnie i rozstania. Powroty i wyznania miłości. Oczywiście dobro wygrywa i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. A matki? Matki pokazują, że pomimo zaborczej niekiedy miłości, ich miłość ma moc sprawczą.

I jak zwykle na koniec pytania, które zadaję sobie po każdym wyjściu z kina.
Czy film spełnił swoje zadanie? No pewnie! Pośmiałam się, uroniłam jedną łezkę (no dobra, może nawet dwie), zrelaksowałam się i zdałam sobie sprawę, że powinnam być o niebo lepsza dla mojej mamy, którą bardzo kocham i szanuję. I jeśli ten film chociaż w co piątej osobie wzbudzi dobre uczucia wobec własnej matki, to znaczy, że (jak dla mnie) spełnił swoje zadanie. Dodam jeszcze, że co jakiś czas sala wybuchała gromkim śmiechem, więc wydaje mi się, że nie tylko mnie bawią mnie takie filmy.
Czy wniósł coś do mojego życia? Trudno powiedzieć. Na pewno nie uznaję tych niecałych dwóch godzin za stracone. Ale bez jaj (chciałoby się rzecz kolokwialnie), nie jest to film, dzięki któremu rzucasz wszystko i zmieniasz diametralnie swoje życie.
Czy poleciłabym ten film innym? Tak. Co więcej, poszłabym na niego jeszcze raz. Bo to w sumie taka ciepła amerykańska komedia, którą po prostu dobrze się ogląda.