Na ten film czekałam od początku roku. Pierwsza data premiery “Tulipanowej gorączki” wyznaczona była na koniec lutego. Poszłam wtedy do kina, nad wejściem widniał piękny plakat z jeszcze piękniejszą Alicią Vikander, a dziewczyna w kasie na moje pytanie o film odpowiedziała, że nic takiego w repertuarze nie ma. Może nie zdążyli z tłumaczeniem, może światową premierę przesunięto na później, faktem jest, że kiedy po raz kolejny zobaczyłam zwiastun filmu wiedziałam, że muszę na niego iść. Wróciłam z wakacji, wdrożyłam się w moją copiątkową rutynę i poszłam na premierę. Czy było warto? Tak, ale…

 

 

Akcja filmu dzieje się w XVII-wiecznej Holandii, a dokładnie w Amsterdamie. Jest to czas tulipanowej gorączki, kiedy to cebulki tych kwiatów osiągały zawrotne ceny, a każdy kto chciał zarobić lub się dorobić inwestował w nie swoje pieniądze.
Główną bohaterką jest Sophia (wspomniana Alicia Vikander), piękna i młoda dziewczyna wychowująca się w sierocińcu. Dzięki małżeństwu z bogatym kupcem Cornelisem Sandvoortem (Christoph Waltz) jej życie zmienia się o 180 stopni. Ma piękny dom, wystawne stroje i własną służącą. Chcąc zostawić coś po sobie dla potomnych, Cornelis zatrudnia młodego malarza Jana Van Loosa (Dane DeHaan), aby wykonał ich portret. Nie przewiduje, że ten jeden błędny krok zrujnuje jego w miarę szczęśliwe i stabilne życie.

Między Sophią a Janem, którego przenikliwy wzrok przyprawia o ciarki, zaczyna się potajemny i burzliwy romans. Nieszczęśliwa w swym związku dziewczyna i zakochany w niej malarz postanawiają zrobić wszystko, żeby uciec razem z miasta. W spisku uczestniczy i pomaga służąca Maria (Holliday Grainger). Czy uda im się zrealizować swój niecny plan? Kto wyjdzie na tym cało? I czy w ogóle ktoś wyjdzie z tej intrygi obronną ręką? Tego Wam nie zdradzę. Co za dużo to niezdrowo.

 

“Tulipanowa gorączka” Justina Chadwicka jest filmem wizualnie przepięknym. Stroje, wnętrza, ówczesny Amsterdam, tulipany, kolory, detale, życie społeczne – wszystko to jest naprawdę dobrze oddane i wygląda zachwycająco. Jeśli komuś zależy na obrazie i pragnie nacieszyć oko, to ten film będzie dla niego idealny. Jednak oprócz wartości wizualnych potrzeba też czegoś więcej i tutaj wychodzi już lekka klapa. Film nie jest w stanie utrzymać ładunku emocjonalnego, jaki powinien za sobą nieść. Powiedziałabym wręcz, że emocji tam wcale nie ma, a jeśli są to bardzo płaskie i wymuszone.

 

Nie będę ukrywać, że poszłam na ten film głównie ze względu na urodę Alicii. Drugim powodem była ciekawa historia, płomienny romans i intrygi. Niestety, zawiodłam się i to bardzo. Alicia z trudem wydobywa z siebie jakiekolwiek emocje, gra głównie mimiką twarzy, która opiera się na maksymalnie pięciu minach. Jedyne co zdaje się zachwycać to jej piękne ciało w rozbieranych scenach. To jednak trochę za mało. DeHaan zdaje się korzystać ze swojego podobieństwa do Leo DiCaprio i czaruje uśmiechem. Nie wiem co w tym filmie robi Cara Delevingne, ale dobrze chociaż, że scen z jej udziałem jest mało. Może dla niektórych będzie to dziwne, ale nie jestem wielbicielką jej urody. Wręcz przeciwnie. Bardzo nie lubię na nią patrzeć. Na plus zasługuje gra aktorska młodej Holliday Grainger, wspaniałej i ciepłej (mimo surowej roli) Judi Dench, która wcieliła się w matkę przełożoną oraz Amsterdamu, który zdaje się być cichym bohaterem i obserwatorem życia swoich mieszkańców.

 

Oprócz epizodu małżeństwa Sophii i Cornelisa oraz romansu Sophii z Janem w filmie mamy jeszcze trochę innych, pobocznych wątków, które nie mają szans w pełni się rozwinąć. W końcu reżyser musi dociągnąć do końca historię Sophii i Jana oraz tulipanową gorączkę. A żeby móc je zakończyć, trochę czasu na to potrzeba.
Dzięki mnogości epizodów w filmie ciągle coś się dzieje. Akcja jest w miarę wartka, ale momentami widz ma wrażenie, że to wszystko jest zbyt szybkie i zbyt płytkie, bez napięcia, bez emocji, bez pasji.
W mojej opini jedynym momentem trzymającym w napięciu była tytułowa tulipanowa gorączka. Ciekawiło mnie kto wygra, kto zarobi, kto straci i jak rozwinie się rynek tulipanowy. Reszta? Z minuty na minutę można się było wszystkiego domyślić. A koniec stał się bardzo przewidywalny.

 

To nie tak, że “Tulipanowa gorączka” jest bardzo złym filmem. Po prostu ja spodziewałam się po nim dużo, dużo więcej. Czekałam na ten film z utęsknieniem i miałam nadzieję, że będzie to obraz roku. Niestety, tak nie jest.
Jeśli chodzi o zdjęcia, kostiumy i muzykę to film mnie zachwycił. Wizualnie reżyser trafił w mój klimat. Wychodząc z kina myślałam sobie nawet jak to jest, że to było ładne i mi się podobało, skoro emocje mam mieszane. No i właśnie, jeśli o odczucia chodzi to kompletnie nie zrozumiałam i dalej nie rozumiem co poszło nie tak, że to było nie takie jakie miało być. Obiecywano mi melodramat o miłości, zdradzie i pożądaniu, a dostałam jakąś słabą farsę, w której aktorzy grali trochę po omacku. A nuż się uda. Niestety, nie udało się.

Jeśli macie ochotę na przyjemny i ładny seans, z czystym sercem mogę polecić Wam “Tulipanową gorączkę”. Jeśli jednak oczekujecie od niego czegoś więcej i macie nadzieję na ambitne kino, nie idźcie. Wystarczy, że ja się zawiodłam.