Chicago to jedno z moich ulubionych miast i zdecydowanie mój trzeci dom. Za każdym razem, gdy do niego wracam czuję się po prostu dobrze. Są rzeczy, za którymi przepadam i takie, które nie bardzo mi pasują. Mam swoje ulubione miejsca i wiem, że gdybym mieszkała tam na stałe ich liczba rosłaby z dnia na dzień.

Tegoroczna wizyta w Chicago zaprocentowała odkryciem nowych miejsc i upewnieniem się, że między mną a miastem jest pewna nić porozumienia. Chicago to idealne (jak dla mnie) miejsce do życia, do pracy i do relaksu. Można znaleźć tu miejsca eleganckie, wykwintne oraz całkowicie swojskie i zwyczajne. Liczne bary i restauracje, muzea, wystawy, wydarzenia sportowe, koncerty w salach koncertowych i w plenerze – tu nie można się nudzić.

 

 

Po zeszłorocznym pobycie w Chicago podzieliłam się z Wami sporą dawką sprawdzonych przeze mnie miejsc. Mogliście poczytać o tym gdzie w Chicago warto zjeść i co można, a nawet trzeba zwiedzić (muzea i cała reszta).

Tegoroczna wizyta w Wietrznym Mieście była o niebo luźniejsza. Po pierwsze, wszystkie interesujące mnie muzea odwiedziłam poprzednim razem. Po drugie, ponieważ nie miałam aż tak dużo czasu (tylko 1,5 tygodnia), zdecydowałam się na poznawanie nowych miejscówek i na odkrywanie nieznanego. Dzięki temu obeszłam całe Downtown wzdłuż i w szerz, robiąc przy tym każdego dnia ponad 10 tysięcy kroków.

 

Czy było warto? Jak najbardziej! Dzięki temu zobaczyłam mało uczęszczane przez turystów zakątki miasta i znalazłam miejsca, za którymi wiem, że będę tęsknić.

A co warto zobaczyć w Chicago i gdzie warto zjeść? Oto moje tegoroczne perełki:

 

 

The Allis at Soho House (113 – 125 North Green Street)

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam to miejsce na IG postanowiłam, że chociażby nie wiadomo co, muszę je odwiedzić. Kocham takie piękne miejsca urządzone ze smakiem i wiedziałam, że The Allis przypadnie mi do gustu.
Lokal znajduje się w dawnej przemysłowej części Downtown i jest uczęszczany w większości przez lokalnych mieszkańców. Można tu przyjść na śniadanie, lunch czy kolację. Ja zdecydowałam się przyjść tu na brunch, odpocząć, ponapawać się tym wnętrzem i porobić notatki na bloga. Jedzenie jest tu proste, ale pyszne i świeże.
The Allis to zdecydowanie moje ulubione miejsce w Chicago i najpiękniejszy lokal w jakim kiedykolwiek byłam.

 

 

Goddess and the Baker (33 S Wabash Ave)

Przy okazji któregoś z kolei spaceru po Wabash Avenue, natrafiłam na Goddess and the Baker – miejsce z pięknym, przytulnym wnętrzem i wspaniałą ladą, za którą kryły się same smakołyki, takie jak brownie, rainbow cake czy cheesecake. Żeby usiąść w gąszczu monster przy stoliku pod oknem, przychodziłam tu kilka razy. W końcu mi się udało… ostatniego dnia.

Żeby tradycji stało się zadość wybrałam brownie (a dokładnie cheesecake brownie) oraz duże cappuccino. W końcu Chicago jest miastem, w którym narodziło się to ciastko.

Goddess and the Baker to kolejne piękne miejsce w Chicago, w którym można przyjść na lunch, popołudniową kawę czy ciacho. W Polsce od razu zostałoby okrzyknięte jako miejsce dla hipsterów, a w Stanach jest jednym z wielu ładnych miejscówek, które trafiają w mój gust.

 

 

The Protein Bar (33 S Wabash Ave)

Protein Bar and Kitchen znalazłam całkowicie przypadkiem. Znudziły mi się już burgery i miałam naprawdę ogromną ochotę na coś zdrowego. To miejsce okazało się zbawieniem dla mojej formy. Świeże i zdrowe sałatki, ciekawe kompozycje na bazie kaszy czy sycące wrapy napakowane samymi zdrowymi (i dobrymi) rzeczami. Oprócz sałatek, wrapów, zup czy smoothies mają tu pyszne soki jednodniowe. Mój wybór padł na sok z pietruszki, ananasa, jabłka, szpinaku, selera, jarmużu, imbiru, ogórka i cytryny. Pyszny mix i kopalnia witamin.

Z racji tego, że zdrowa żywność jest w Stanach “dobrem luksusowym” takich miejsc jak The Protein Bar jest trochę za mało, a jeśli już są to posiłek trochę w nich kosztuje. Warto tu jednak zajrzeć i zjeść coś naprawdę pożywnego.

 

 

Navy Pier i Bubba Gump Shrimp Co (700 E Grand Ave #131)

Navy Pier to molo na Jeziorze Michigan, na którym znajduje się kompleks atrakcji turystycznych z widokiem na jezioro oraz całe centrum Chicago. Są tu liczne restauracje, sklepy z pamiątkami, teatr, muzeum dla dzieci, wystawy, diabelski młyn czy trasy spacerowe.

Navy Pier warto odwiedzić przy okazji spaceru u wybrzeża Lake Michigan.

 

Jeśli oglądaliście Foresta Gumpa, to na pewno będziecie kojarzyć Bubbę, barkę Jenny oraz słynne krewetki. Sieć restauracji Bubba Gump Shrimp Co została zainspirowana właśnie tym filmem i specjalizuje się w krewetkach i innych owocach morza. Wnętrze lokalu jest inspirowane Forestem i można w nim znaleźć wiele gadżetów z filmu (kreacje filmowe, cytaty, zdjęcia). Gdyby nie to, że po prostu miałam okazję spróbować menu Bubby, pewnie nigdy bym tu nie przyszła. I w sumie to byłby duży błąd.

Jeśli lubicie krewetki, a i pozostałe owoce morza nie są Wam straszne, udajcie się na obiad do Bubba Gump. Menu nie należy do najtańszych, porcje wydają się być małe, ale z ręką na sercu mogę potwierdzić, że można się nimi najeść. W dodatku jedzenie jest tu pyszne i świeże.

Warto wspomnieć, że zamawiając wybrany koktajl, podświetlana szklanka należy do Was i dostajecie ją w prezencie. Dla fanów gadżetów to idealna sprawa. Jeśli w danym dniu macie urodziny, warto o tym wspomnieć kelnerom. Piosenka, którą śpiewają dla solenizanta od razu poprawia humor.

 

 

Kilwins (310 S Michigan Ave)

Kilwins to miejsce istniejące od 1947 roku i produkujące wysokiej jakości czekoladę, lody, pralinki czy ciastka. Do tego dołóżcie miłą i uczynną obsługę, która jest naprawdę zainteresowana klientem i jego gustami.

Do Kilwins trafiłam tydzień po jego otwarciu w centrum Chicago i od razu zachwyciło mnie podejściem do klienta. Pytano nas o ulubione smaki i częstowano kolejnymi wyrobami, żebyśmy mogły wyrobić sobie zdanie o produktach i spróbować, co mają w swojej ofercie.

Skusiłyśmy się na masę czekoladową (ichniejsze fudges) o smaku mlecznej czekolady i słonego karmelu. Chocolate Fudge to chyba najlepsza czekoladowa rzecz, jaką kiedykolwiek jadłam. Rozpływa się w ustach lepiej niż jakiekolwiek brownie, a jej smak jest super aksamitny.

Jeśli będziecie mieć możliwość zajrzenia do Kilwins i będziecie mieć ochotę na coś słodkiego, skuście się na którąś masę. Nie pożałujecie.

 

 

Oak Street Beach

Plaża w centrum Chicago? Tak, to możliwe właśnie na Oak Street Beach, na którą dostaniecie się w ciągu 5-10 minut z Michigan Ave. Można tu przyjść się opalić, popływać w jeziorze czy po prostu przejść się brzegiem i popatrzeć w horyzont. Tuż obok jest wspomniany wcześniej Navy Pier oraz Magnificient Mile, czyli fragment Michigan Avenue ze sklepami najdroższych marek.

Na Oak Street Beach znajdziecie również bar, w którym można napić się drinka lub zjeść obiad. Relaks w takim miejscu to naprawdę fantastyczna rzecz. I właśnie dlatego uważam, że Chicago to idealne miejsce do życia – jest tu wszystko na wyciągnięcie ręki.

 

 

John Hancock Center

Panorama Chicago z John Hancock Center (czwarty co do wysokości budynek w Chicago) to jeden z najsłynniejszych widoków nie tylko w całym mieście, ale i w Stanach Zjednoczonych. Wysoka na 344 metry wieża, zakończona jest obserwatorium (360° Chicago na 94 piętrze, czyli na 310 metrach) oraz restauracją. Wstęp na piętro widokowe jest płatny i kosztuje ok. 21$. Dodatkowo, można tu skorzystać z TILTa, czyli ze specjalnego okna, które wysuwa się do przodu sprawiając, że wisi się w powietrzu nad Downtown.

Czy warto wybrać się na Johna Hancocka? To zależy, czy byliście już na Willis Tower czy nie i czy lubicie tarasy widokowe. Ja mam do nich słabość, więc jak najbardziej jestem na tak.

 

Jak widzicie, Chicago jest pełne ciekawych i nietuzinkowych miejsc, które warto odwiedzić. To nie tylko mekka Polaków, ale również świetne miasto do codziennego życia i funkcjonowania. Jeśli będziecie kiedyś w Chi Town, koniecznie odwiedźcie któreś z powyższych miejsc. I dajcie znać, czy przypadło Wam do gustu.

 

 

Zobacz również: 20 chicagowskich ciekawostek