Pamiętam to dokładnie. 4 lata temu, 8 września 2012 roku, dopakowywałam ostatnie rzeczy do walizek i cieszyłam się na długowyczekiwany wyjazd. O 20:25 miałam samolot wylatujący z Krakowa do Trapani i rozpoczynający moją półroczną przygodę i naukę życia. Nie byłam sama – na Erasmusa poleciałam z moja przyjaciółką (Ambro pozdrawiam Cię serdecznie), ale mimo tego emocje sięgały zenitu.

 

O programie Erasmus usłyszałam na pierwszym roku studiów. Pewnego dnia wspomniana przyjaciółka Joanna rzuciła w rozmowie ze mną, że zrobi wszystko, żeby wyjechać na Erasmusa. Jej marzeniem była Sycylia. Pomyślałam sobie wtedy: “no way, ja też jadę”. Od kilku miesięcy byłam zafascynowana Sardynią i to właśnie ta wyspa była moim wstępnym wyborem.

Miesiące mijały, a ja uczyłam się jak szalona (żeby mieć opowiednią średnią, uprawniającą do wyjazdu) i angażowałam się w pracę organizacji studenckiej ESN (Erasmus Student Network), działającej przy Uniwersytecie Jagiellońskim. W pewnym momencie celem mojego studiowania był tylko i wyłącznie wyjazd na Erasmusa. Pierwszy i drugi rok wspominam pracowicie i imprezowo. Praca, nauka i imprezowanie ze studentami, którzy przyjechali do Krakowa na niezapomniane pół roku albo rok. I właśnie wtedy poznałam też kilku studentów z Sardynii, którzy potwierdzili mi, że Sardynia jest najpiękniejszą wyspą na ziemi (Sycylijczycy mówili, że to Sycylia jest najpiękniejsza), ale w okresie zimowym nie ma tam co robić. To wtedy zdecydowałam się, że moim miejscem na Erasmusa będzie Sycylia.

 

Jeśli uważacie, że rodziców trzeba słuchać zawsze i wszędzie, to jesteście w błędzie (pozdrawiam Cię Tato! Wiem, że to czytasz). Czasami trzeba zamieść swoją pokorę pod dywan, zaryzykować i wyjść ze swojej strefy komfortu. Gdybym słuchała niekończących się próśb i gróźb mojej mamy, to nigdy bym na te studia zagraniczne nie wyjechała. Nawet sobie nie wyobrażacie ile razy miała mnie porwać mafia, ile razy miałam być prostytutką i ile razy miało mi grozić coś okropnego. Mafia czaiła się wszędzie. W pewnym momencie zaczęłam się bać, że członkowie mafii wyskoczą mi z lodówki 😉 Stwierdziłam jednak, że spróbuję, nie dam się zastraszyć i pojadę przeżyć coś wspaniałego. No i poleciałam.

 

Każdy kto był na Erasmusie mówi, że jego miasto to najlepszy wybór na taki wyjazd. Nie będę oryginalna mówiąc, że Sycylia i Catania, która gościła mnie przez 5 miesięcy, to najlepszy kierunek dla italianisty. Rzym jest ok, ale jest drogi (poza tym Rzym znałam już jak własną kieszeń). Mediolan – odpadł na wstępie, a tak w ogóle to nie był nawet brany pod uwagę. Florencja jest zbyt turystyczna. Venezia za bardzo północna. Bari jakoś mnie nie przekonywało. Sardynia była numerem dwa. Ale to Sycylia była strzałem w dziesiątkę. Tak myślałam i tak też się póżniej okazało.

Pierwsze tygodnie minęły nam na szukaniu domu, wyjaśnianiu biurokracji uniwersyteckiej, zawieraniu znajomości z mieszkańcami Catanii i na odkrywaniu swoich ulubionych miejsc. Tęsknota za domem zaczynała odchodzić w siną dal.

 

Co dał mi ten wyjazd? I dlaczego był jednym z najważniejszych momentów w moim życiu?
Oto 7 rzeczy, których nauczyłam się na Erasmusie:

1. Erasmus nauczył mnie dorosłości. A może raczej ja sama zaczęłam rozumieć, na czym polega dorosłe życie. Bo jeśli ktoś wyjechał na studia do innego miasta to ok, zasmakował co to znaczy odpowiedzialność. Ale jeśli ktoś jest takim polskim odpowienikiem włoskiego mammone, to Erasmus jest dla niego świetną szkołą życia. Ja nauczyłam się być odpowiedzialna, systematyczna, uważna i rozważna. Od kilku lat zarabiałam na swoje potrzeby, ale to Erasmus nauczył mnie jak dobrze zarządzać finansami. Co zrobić i co kupić, żeby wystarczyło na czynsz, rachunki, jedzenie, imprezy i podróżowanie. Tak, zaciskałam pasa, żeby mieć na wycieczki i jadłam tylko to, co było na promocji, żeby móc sobie pozwolić na pizzę na mieście. Czy czegoś mi brakowało? Nie! Nauczyłam się za to, że życie polega na mniejszych lub większych wyżeczeniach (o ile nie jest się złotym dzieckiem bogatych rodziców). Ja wiem jak to zabrzmi, ale naprawdę na Erasmusie nauczyłam się robić pranie (w domu robiła to mama), gotować (w domu to też robiła mama), sprzątać na błysk czy chociażby robić zakupy z głową.

 

2. Jak już wspomniałam, nauczyłam się też gotować. I nie było to “tysiąc sposobów jak ugotować makaron”. Często organizowałyśmy u siebie w domu kolacje polsko-holenderskie (nasza współlokatorka była z Holandii), na które zapraszałyśmy naszych znajomych sycylijczyków. Robiłyśmy pierogi, puree z ziemniaków, sznycle (krakowska nazwa na kotlety mielone), krokiety; był rosół, barszcz czerwony (do tej pory zastanawiam się, jak nam się udało znaleźć czerwone buraki na Sycylii) czy szarlotka. Gotowanie wchodziło mi w nawyk i zaczynało mi się podobać.

 

3. Z dala od domu zaczęłam doceniać Polskę. Kocham Włochy, kulturę i kuchnię włoską i do pewnego czasu swój własny kraj traktowałam trochę po macoszemu. Na Erasmusie zaczęłam doceniać Polskę, polską biurokrację i polską kuchnię. Ile razy wspominałyśmy z Joanną, że to, co dzieje się na Sycylii, w Polsce nie miałoby nawet racji bytu. I mimo tego, że teraz się śmieję, to nie było mi do śmiechu jak stałyśmy 2 godziny w kolejce na poczcie, żeby zapłacić jeden rachunek. To samo z polską kuchnią. Jestem uzależniona od pizzy, umiem przyrządzać makaron na tysiąc sposobów, za lasagne mogłabym się dać pokroić, a tiramisù czy cannoli to niebo w gębie. Tak, to prawda. Ale będąc z dala od domu zaczęłam tesknić za pierogami ruskimi mojej mamy, za takim prawdziwym swojskim krupnikiem, za gołąbkami czy w końcu za plackami ziemniaczanymi i kotletem schabowym. Odkryłam, że kuchnia polska ma również wiele do zaproponowania, trzeba się na nią bardziej otworzyć.

 

4. Po raz pierwszy spędziłam święta z dala od domu. Nie wróciłam na Boże Narodzenie do Polski, bo bilety lotnicze przekraczały moje finansowe możliwości. Słuchałam więc polskich kolęd i jadłam jednego pieroga za drugim zanosząc się łzami. Gdyby nie moja bratnia dusza Joanna, nie wiem jak dałabym sobie radę z tęsknotą. Święta Bożego Narodzenie bez śniegu, z palmami zamiast choinek i z plusową temperaturą były dla mnie nowością, która wcale nie cieszyła. Zrozumiałam wtedy jak ciężko musi być osobom na emigracji, które nie widziały rodziny od wielu lat i które spędzają ten czas samotnie albo z obcymi ludźmi. Doświadczając takiej sytuacji raz w życiu, człowiek jakoś inaczej zaczyna odnosić się do tradycji panujących w jego kraju. I to właśnie dzięki temu zaczęłam patrzeć na nasze polskie tradycje jak na coś, co trzeba kontynuować, o czym należy pamiętać.

 

5. Na Erasmusie nauczyłam się nie oceniać ludzi przez pryzmat pochodzenia. No dobra, nadal nad sobą w tej kwestii pracuję. Wpływ na to miała sytuacja, w której uczestniczyłam. W Catanii dużo osób pochodzenia hinduskiego sprzedaje różne rzeczy na ulicy. Pewnego wieczoru siedziałyśmy na Piazza Teatro (jeden z bardziej uczęszczanych placów w Catanii) i podszedł do nas taki właśnie Hindus. Pośmiałyśmy się z niego i z nim i w pewnym momencie ktoś go zapytał co robi na Sycylii. Mężczyzna opowiedział nam historię, której nie zapomnę do końca życia. Był on nauczycielem angielskiego w Indiach, ale jego szkołę zamknięto i stracił pracę. Ponieważ nie mógł jej znaleźć, zdecydował się na emigrację. Teraz jest ulicznym sprzedawcą, pejoratywnie nazywanym przez Włochów jako “vucumprà“. Zarabia, aby jego rodzina miała za co żyć i aby jego córka mogła studiować medycynę. Ta historia do dzisiejszego dnia mnie wzrusza i zawsze jak tylko zaczynam o kimś źle mówić albo myśleć, przypominam sobie tamtą historię.

 

6. Erasmus nauczył mnie szeroko pojętego luzu i otwartości. A może wpłynęła na to w większym stopniu kultura Sycylii? Jedno jest pewne, przed wyjazdem na studia zagranicę zwiedziłam trochę świata i pojęcie otwartości i serdeczności nie było mi obce. Ale wiecie jak to jest. Słońce, morze, południowa kultura i spokój napawają do tego, żeby być jeszcze bardziej otwartym. Chłonąć jeszcze bardziej, widzieć jeszcze więcej, poznawać ile tylko się da. Erasmus otwiera umysł, poszerza horyzonty i w jakiś magiczny sposób nakręca do działania. Po pobycie na Sycylii zaczął mnie uwierać ten nasz polski brak ciepła i serdeczności. Na Sycylii normalne było zagadanie do kogoś czy zostanie przepuszczonym w kolejce do kasy, bo tak, bo ta druga osoba ma czas, to poczeka (autentyczna sytuacja, która mi się przydarzyła). A gdzie w tym wszystkim luz? Wszędzie! W końcu tylko spokój może nas uratować.

 

7. Erasmus jest rajem dla kogoś, kto studiuje filologię danego kraju, albo jest w nim totalne zakochany. Dzięki studiowaniu na Sycylii, mogłam sobie porównać jak wyglądają studia wyższe w Polsce i we Włoszech. Miałam zajęcia ze świetnymi profesorami (w tym z najlepszym dialektologiem i znawcą dialektu sycylijskiego), które otworzyły mi umysł i pokazały pewne zagadnienia w innym świetle (jak np. zajęcia z kina). W językowego punktu widzenia na początku było ciężko, ale teraz, z perspektywy czasu, widzę ile ten wyjazd lingwistycznie mnie nauczył. No i dodatkowo nauczyłam się rozumieć dialekt sycylijski z obszaru Catanii, Syrakuzy i Palermo. Czy można chcieć czegoś więcej?

737109

 

Jeśli zastanawiacie się czy warto jechać na Erasmusa, albo jeśli znacie kogoś kto się zastanawia, to koniecznie namawiajcie go (albo siebie samego) na taki wyjazd. Erasmus to przygoda życia, Erasmus to szkoła życia. To niezapisana nigdzie więź, która łączy wszystkich, którzy kiedykolwiek byli na Erasmusie. To bratnie porozumienie. W końcu – Erasmus once, Erasmus forever!

Save