W Chicago nie można chodzić głodnym. Nie, że nie można. Po prostu się nie da. Na każdym kroku jakaś restauracja, fast food czy kawiarnia. Przyznam się bez bicia, że tym razem trzymałam się w ryzach. Porównując te wakacje do tamtych sprzed 11 lat, można by rzec, że odżywiałam się wręcz idealnie. Wtedy pizza i wingsy na śniadanie, teraz owsianka z owocami lub koktajl z mango, truskawkami i borówkami. No cóż, pozostałe posiłki pozostawiały nieco do życzenia.

Przed wylotem do Stanów przygotowałyśmy sobie z moją siostrą ogromną listę jedzeniową. Chciałyśmy spróbować wszystkiego, a żeby o tym nie zapomnieć wszystko spisałyśmy. Na liście znalazło się w większości to, co niezdrowe. Brownie, Dunkin Donuts, Starbucks, McDonalds, Burger King, Popeyes, Wendy’s, White Castle, żeberka BBQ, prawdziwy amerykański burger, onion rings itp. Pomyślicie pewnie: “ale wariatki, poleciały do Stanów jeść w McDonaldsie”. No właśnie, że nie. Chodziło tylko o spróbowanie, czy taki na przykład Big Mac jest tam lepszy czy nie. I to co mogę Wam powiedzieć, to nie, nie jest. To taki sam syf, jak nie gorszy. Acha, i nigdy, przenigdy nie bierzcie kawy w Macu. Jest okropna.

Nie dałyśmy rady zjeść wszystkiego, co planowałyśmy. I nie, nie “zwiedziłyśmy” wszystkich knajp w Chicago. W miesiąc jest to niemożliwe. Jeśli chodzi o jedzenie na mieście, to jadłyśmy mało, ale za poznałyśmy kilka poprawnych miejsc, które jak najbardziej nadają się do polecenia innym, dlatego też chętnie się nimi podzielę.

 

Zanim jednak będzie o jedzeniu, to warto powiedzieć sobie o kilku zasadach, które panują w amerykańskich restauracjach.

1. Wchodząc do jakiejkolwiek restauracji, która nie jest fast foodem ani self servisem, należy poczekać na osobę, która powita Was, weźmie od Was informację na ile osób potrzebny jest stolik i do niego poprowadzi. Tak, ta osoba zajmuje się tylko tym. Na początku było to dla mnie mega dziwne, ale po czasie zrozumiałam ten pomysł. Zamiast pchać się przez wszystkie sale i szukać stolika, już na wejściu wiesz czy i gdzie dostaniesz miejsce. Easy!
2. W USA w restauracjach woda jest za darmo. Tak, za darmo. To nie żart, a raczej coś normalnego. Jeśli więc nie macie ochoty na picie Coca Coli, soku pomarańczowego, lemoniady ani piwa, dostaniecie szklankę czystej wody.
3. Jest przyjęte, że napiwek, który zostawia się kelnerowi ma wynosić 10% naszego rachunku. W dobrym świetle jest więc zostawić te 3 czy 4 dolary (lub więcej) niż wyjść udając, że się nie wiedziało.
4. Każda restauracja ma swoje promocje przewidziane na każdy dzień. Jedną z promocji jest to, że w wybrany dzień tygodnia dzieci jedzą za darmo. W Chili’s jest to czwartek, w Grand Dukes – piątek. Jeśli więc słyszeliście o jakimś fajnym miejscu, a jedziecie do Chicago z dziećmi, warto sprawdzić, czy, gdzie i kiedy zjedzą one za darmo.

Koniec czczego gadania, przejdźmy do jedzenia 🙂

 

Jeśli chodzi o burgery to mam dla Was dwa miejsca, w których jadłyśmy takie prawdziwe, amerykańskie olbrzymy.
Eleven City Diner – mieści się przy 11th Wabash Street i jest typową śniadaniownią, w której zjecie też obiad i kolację. Wpadłyśmy na nią całkowicie przypadkiem, tuż po drobnej wymianie zdań (czyt. kolejnej sprzeczce) związanej z tym, gdzie będziemy jeść. Eleven pojawiło się znienacka i zażegnało nasz siostrzany kryzys. Oczywiście obydwie wybrałyśmy po burgerze z frytkami i po lemoniadzie. Burgery były ogromne, wypadały nam z ust, a sos ciekł nam po brodzie. Ale to nic. Były przepyszne. Mięso dobrze wysmażone, bułka chrupiąca, a cebulka idealnie wysmażona. Polecamy Mexicali burgera z chorizo i salsą meksykańską. O tym, że obsługa była miła nie muszę raczej wspominać, bo tak było we wszystkich restauracjach, w których jadłyśmy.

IMG_0276

IMG_0267

IMG_0263

IMG_0269

 

 

Kolejnego burgera zaaplikowałyśmy sobie w Chili’s. Chili’s to taka restauracyjna sieciówka. My zatrzymałyśmy się w lokalu na State Street przypadkiem. Zwiedzanie muzeum i spacer po State St wypompował z nas wszystkie siły. Musiałyśmy się więc posilić jakimś burgerem 😉 I tu znowu obsługa bardzo sympatyczna, a czas oczekiwania minimalny. Burger w Chili’s był trochę mniejszy niż ten w Eleven, ale nie wiem, czy nie lepszy. Domowe, grubo krojone frytki i sos BBQ były idealnym dopełnieniem. Polecam!

20160705_172326

 

 

Jeśli już jesteśmy przy frytkach, to jednogłośnie zdecydowałyśmy, że najlepsze frytki są w Popeyes. Jest to fast foodowa sieciówka z kuchnią z Luizjany (a przynajmniej tak się ogłaszają “Louisiana Kitchen”), podobna do znanego nam KFC. Zjemy tu chrupiące i lekko pikantne kurczaczki, ale… największym przebojem tego miejsca są frytki (tzw. Cajun Fries). Grubo krojone, z ziołowymi przyprawami, chrupiące. Rewelacyjne.

20160722_174552

 

 

To co w Stanach uwielbiam najbardziej to China Buffet, które możemy spotkać na każdym kroku. O co chodzi? Idziemy do chińskiej restauracji, płacimy 10-15$ (w zależności od miejsca) i… jemy ile chcemy 🙂 Tak, jemy ile chcemy oznacza, że możemy tam siedzieć cały dzień i jeść non stop. Prawdę mówiąc nie próbowałam stawiać sobie takich celów, ale widziałam osoby, którym znajomi donosili kolejne porcje, bo oni sami nie mogli już wstać. Jedzenie w amerykańskich “chińczykach” jest o niebo lepsze niż u nas w Polsce. Jedząc w China Buffet mamy do wyboru wszystko o czym możemy pomarzyć. Ziemniaczki pieczone, frytki, biały ryż, ryż z warzywami, kurczak na ostro, kurczak z warzywami, kurczak w chrupiącej panierce, tysiąc innych smaków kurczaka, wieprzowina, wołowina, krewetki, kalmary, sushi, grillowane warzywa, owoce, ciasta oraz lody. Bardzo możliwe, że o czymś zapomniałam. Acha, jedzenie z China Buffet można wziąć na wynos. Pakujecie do pojemniczka tyle, ile myślicie, że dacie radę zjeść, a następnie na podstawie tego co wzięliście określana jest cena.

20160713_195541

 

 

Jeśli zatęsknicie za typowo polskim jedzeniem to nie macie się co martwić. Jest ich w Chicago pod dostatkiem. Jest Staropolska, Barbakan czy Zielone Jabłuszko. My postanowiliśmy spróbować kuchni litewsko-polskiej w Grand Dukes Restaurant. Jest ona oddalona trochę od centrum, ale jeśli będziecie mieć okazję, to naprawdę warto. Porcje są ogromne i jesteście w stanie się najeść samym drugim daniem. Dodatkowo obok Grand Dukes otwarte są delikatesy, gdzie znajdziecie prawdziwy litewski ciemny chleb z kminkiem. Coś pysznego!

20160710_155852

 

 

Przez miesiąc pobytu w Stanach jadłam stosunkowo mało pizzy. Od razu odpowiadam na pytanie, które padnie – nie, nie jadłam deep-dish pizza. Jadłam za to pizzę w Pizza Hut, która jest identyczna jak tak w Polsce, czyli całkiem całkiem.

 

Jak każdy wie (a jak nie wie to odsyłam do chicagowskich ciekawostek) Chicago słynie z hot dogów. Podobno najlepsze są w Portillo’s i w fast foodach oznaczonych znakiem “V” na żółtym tle (są to hot dogi z ViennaBeef). My skusiłyśmy się na Portillo’s przy 100 W Ontario St i bezwiednie wybrałyśmy się tam 23 lipca, czyli w National Hot Dog Day. Nie wiem, czy kolejka, którą zastałyśmy jest taka na co dzień. W każdym razie, idzie ona dość zwinnie, a jeśli zamawiacie tylko hot dogi, to nie będziecie długo czekać na zamówienie. Chicago-Style hot dog jest napakowany dodatkami, jest smaczny, ale jeśli chcecie się nim najeść to zamówcie sobie od razu 2 sztuki, gdyż są one dosyć malutkie.

2035

2036

20160723_164107

 

 

12 i 11 lat temu bardzo często jeździłam z Tatą do pracy. A że w pobliżu był bar Marco’s, to czasami dostawałam do kieszeni kilkanaście dolarów i szłam po jedzenie. Moim ulubieńcem był Gyros. Cieplutka, puszysta bułeczka z ogromnymi, cienko krojonymi plastrami mięsa, pomidorem i sosem tzatziki jest moim wspomnieniem z tamtych lat. Gdy w tym roku niespodziewanie zaparkowaliśmy pod Marcosem, nie mogłam uwierzyć w to, gdzie jestem. Nie mogłam zamówić nic innego, jak tylko gyrosa. Jego smak nic się nie zmienił. Jest taki, jakim go zapamiętałam. Zmieniła się tylko cena, poszła trochę do góry. Marco’s to nie tylko gyros, ale również Italian Beef, hamburgery, cheeseburgery, kurczaki czy pizza. Jeśli tylko będziecie w okolicach 6008 W Fullerton Ave, to koniecznie zjedzcie u Marcos’a. Gwarantuję Wam, że nie wyjdziecie głodni i zawiedzeni.

20160718_185554

20160706_210223

20160706_210832Italian beef (po lewej) i mój Gyros (po prawej)

 

 

Pewnego pięknego popołudnia, kompletne wymęczone chodzeniem postanowiłyśmy dać szansę knajpie o nazwie PorkChop (29 E. Adams St) z bogatym wyborem kanapek. Ale niech nie zwiedzie Was nazwa “sandwich”. To nie jakieś tam sandwicze, a porządne prawie że burgery. Nasz wybór padł na Pulled Pork Sandwich, do którego serwowane są frytki i pikle. Powiem tylko tyle, bułka podpiekana na masełku, mięso idealnie zamarynowane, pyszne frytki, kwaśny ogórek. Co więcej, to właśnie tutaj znalazłyśmy nasz idealny, ulubiony BBQ sos.

IMG_2650
IMG_2652

 

 

Zakończmy na słodko 🙂 Stany słyną z donutów. Oczywiście najbardziej znaną sieciówką jest Dunkin Donuts, ale jeśli pochodzicie trochę po mieście, znajdziecie też prywatne cukiernie zajmujące się wyrobem donutów. My spróbowałyśmy donutów w Dunkinie i w food trucku, gdzie sprzedawane są mini donuty. Szczerze? W Dunkin Donut jedynym pączkiem z dziurką, który wart jest zachodu jest donut oblany czekoladą nadziewany budyniem. Za żadne skarby świata nie bierzcie Double Chocolate Donut. Jest obrzydliwie słodki, a jego smak za grosz (albo za centa – jak kto woli) nie przypomina czekolady.

1570Double Chocolate Donut

 

 

Pochodzę z Krakowa, czyli z miasta gdzie liczba food trucków z tygodnia na tydzień rośnie w zastraszającym tempie. I właśnie przed takim food truckiem stanęłyśmy pewnego dnia, zastanawiając się, czy skusić się na te mini donuty czy nie. I wtedy podszedł do nas chłopak czekający na zamówienie i powiedział, że on prawie codziennie je je i że te z masłem orzechowym i sosem truskawkowym to już w ogóle są obłędne. Dałyśmy się skusić, żeby mieć jakiekolwiek porównanie do DD. I wiecie co? Jeśli będziecie kiedykolwiek w Chicago to znajdźcie chłopaków z Beavers Donuts i weźcie sobie (koniecznie większą) porcję PB&J, czyli mini donutów z peanut butter i strawberry sause. Spróbowałyśmy też Nutella Dream (Nutella i Strawberry Sause), ale nie były one tak zachwycające jak PB&J. A jak Beavers Donuts wypadają w porównaniu do Dunkin Donut? Są o niebo lepsze, bo są domowe, cieplutkie, świeże, puszyste i czuć, że to nie komercha, a pasja dwóch przemiłych chłopaków do ich kuchennej tradycji.

cats

 

 

Dodatkowo przy Wabash Ave, między Randolph St a Adams St, jest multum restauracji, barów czy klimatycznych kawiarenek. Znajdziecie tu na przykład wegańską kawiarnię z wypiekami czy prawdziwą amerykańską cupcakownię.
Możecie wierzyć mi na słowo lub nie –  z żadnego spaceru po Chicago nie wrócicie głodni!

 

Jeśli macie jakieś swoje ulubione miejsca w Chicago, podzielcie się nimi w komentarzach.