Dzień piąty naszego podróżowania rozpoczął się spokojnie i leniwie. Wstaliśmy, wzięliśmy prysznic, nastawiliśmy wodę na kawę i owsiankę i zapłaciliśmy za miejsce na kempingu. Za dwie noce z rzędu. Nie chcieliśmy wieczorem, po całym dniu zwiedzania, jechać w niewiadome w poszukiwaniu noclegu. W dodatku fakt, że nie musieliśmy tego poranka składać namiotu wpływał na nas kojąco. To niby nic takiego, bo składanie i rozkładanie naszego przenośnego domku mieliśmy w małym palcu i zajmowało nam ono maksymalnie 5 minut. Ale sam fakt, że tego dnia mogliśmy zwiedzać dłużej, do zachodu słońca, bez gonitwy znaczył dla nas bardzo wiele.
Zjedliśmy śniadanie, zamknęliśmy namiot i ruszyliśmy przed siebie. Dzień piąty jawił się pod znakiem Bryce Canyon i Zion National Park.

 

 

Bryce Canyon

Po godzinie jazdy dotarliśmy w końcu do Bryce Canyon. Jego okolica zrobiła na nas spore wrażenie. Ogromne skały, las iglasty, wolno ganiające niedźwiadki czy przejazdy dla samochodów wydrążone w skale. Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. W sensie widzieliśmy, ale na zdjęciach w internecie, a to przecież nie to samo.

 

Bryce Canyon National Park tak naprawdę wcale nie jest kanionem, a amfiteatrem z formacjami skalnymi nazywanymi hoodoos, powstałymi w wyniku erozji. Tereny Bryce’a pierwotnie były zamieszkiwane przez Indian. Na początku lat 1870 dotarli tu Mormoni, którzy poszukiwali wolności i możliwości wyznawania swojej religii. Bryce Canyon został założony w 1875 roku przez mormońskiego pioniera Ebenezera Bryce’a, który przybył do Utah właśnie w poszukiwaniu ziemi obiecanej. Od 1928 r. Bryce jest uznawany za park narodowy.

Bryce od ponad roku był moim “must see“. Gdy zobaczyłam jego zdjęcia po raz pierwszy wiedziałam, że jeśli nasz road trip dojdzie do skutku, Bryce znajdzie się wysoko na mojej liście i zrobię wszystko, byśmy do niego pojechali.

Wjazd do Bryce Canyon kosztuje $30 za samochód osobowy (karty National Parks są tu w pełni akceptowalne). Na wjeździe dostaliśmy, jak z resztą wszędzie, mapkę oraz gazetkę z aktualnymi informacjami i ostrzeżeniami.
Bryce’a można zwiedzać pieszo, własnym samochodem lub wybrać darmowy shuttle bus, który jeździe na terenie parku.

Bryce Canyon N.P. oferuje zwiedzającym aż 18 punktów widokowych. Jedne są bardziej zachwycające, inne mniej, ale na pewno warto dotrzeć nawet do tych najbardziej odległych, żeby wiedzieć jaki jest ogrom tego parku i jak wygląda kanion z każdej perspektywy.

 

Na sam początek skierowaliśmy się do Sunset Point. Zaparkowaliśmy samochód, wzięliśmy aparaty i udaliśmy się na pierwsze spotkanie z Brycem. Im bliżej byłam kanionu, tym bardziej starałam się nie patrzeć w jego kierunku. Chciałam poczekać, aż stanę na skraju przepaści, spojrzę w otchłań, ogarnę całość spojrzeniem i powiem “Woooooow!”.

I tak się właśnie stało. Na samą widok Bryce’a serce zabiło mi mocniej. Kolejne z marzeń właśnie się spełniało. W pierwszym momencie nie wiedziałam, w którą stronę mam patrzeć. Widok z Sunset View jest zachywcający, a ilość skalnych hoodoos przyprawia o zawrót głowy. Kolory są tu tak intensywne, że gdyby nie fakt, że byliśmy na łonie natury pomyślałabym, że ktoś pokolorował je specjalnie. Pomarańcz miesza się tu z brązem, beżem, bielą, czerwienią i zielenią drzew. Do tej pory gdy patrze na zdjęcia z Bryce’a nie potrafię wyrazić zachwytu. Nie umiem ubrać tego w odpowiednie słowa.

 

Z Sunset View przeszliśmy szlakiem do Sunrise View, z którego kanion wygląda jeszcze inaczej. Zmieniona perspektywa pozwala spojrzeć na to wszystko w inny sposób, tak samo zachwycający.

 

Kolejnymi punktami na naszej mapie były m.in.: Ponderosa Canyon, Natural Bridge, Rainbow Point czy Agua Canyon.
W każdym z tych miejsc Bryce Canyon wygląda inaczej. Z Natural Bridge oglądamy wspaniałe okno skalne, z Rainbow Point amfiteatr z innej perspektywy, a przy Agua Canyon możemy napawać się widokiem wyszlifowanych w skałach hoodoos.

 

W Bryce Canyon spędziliśmy dobre pół dnia, po czym skierowaliśmy się do Ziona.

 

 

Zion National Park

Zion, czyli Syjon, to chyba jeden z ładniejszych i bardziej malowniczych parków stanowych w USA. Został założony w 1919 roku, a zbudowany jest ze skał piaskowca, które tworzą stoliwa, przeróżne formy i urwiska skalne. Na terenie parku spotkamy też liczne kaniony, jeziora, rzeki oraz wodospady.
Od kwietnia do października zwiedzanie parku własnym samochodem jest zabronione. Od 2000 roku na trasie między wszystkimi punktami kursują darmowe shuttle busy. I całe szczęście, bo do Ziona dojechaliśmy z ledwo wystaczającą ilością paliwa na powrót.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do Visitors Center, w którym zaczerpnęliśmy informacji na temat tego, który szlak opłaca nam się wybrać, który nie jest jakoś przesadnie trudny i który zdążymy jeszcze zrobić. Zebrałam potrzebne informacje i wspólnie z Paulinką podjęłyśmy decyzję, że czasowo i kondycyjnie możemy udać się do Emerald Pools. Już mieliśmy wychodzić, gdy nagle zaczepiła nas “Pani Mongołka” spotkana w Antelope Canyon z całą rodziną. I wiecie co się okazało? Że cała jej rodzina mówi po polsku! Zamieniliśmy kilka słów, życzyliśmy sobie udanego pobytu i może jeszcze kiedyś do zobaczenia.

Darmowe parkowe autobusy kursują co 15 minut, więc nie musieliśmy długo czekać. Wysiedliśmy na przystanku Emerald Pools Trail i rozpoczęliśmy trasę, każdy w swoim tempie.

 

Emerald Pools to 3 jeziorka (Lower, Middle, Upper), które leżą na różnej wysokości, a do których można dojść bardzo malowniczą trasą pomiędzy drzewami, skałami czy za wodospadami.
Na szlaku można spotkać przeróżne gatunki roślin i zwierząt, dzięki czemu czułam się w swoim żywiole, zatrzymując się co chwilę i fotografując co tylko się dało.

 

Jedynym minusem wybrania się do tego parku w sierpniu jest to, że wodospady, które w innych miesiącach wyglądają dość pokaźnie, w naszym przypadku były tylko namiastką wodospadu. Ale i tak cieszyłam się, że mogę zobaczyć ściekający po ścianie strumyczek.

 

Powoli zaczynało się ściemniać. Wracając na przystanek spotkaliśmy stado mulaków czarnoogonowych, którym nie mogliśmy się napatrzeć. Wsiedliśmy w autobus w kierunku Visitors Center, a stamtąd przesiedliśmy się do auta i skierowaliśmy się w drogę powrotną do kempingu.

 

Marzyliśmy tylko o jednej, a właściwie o dwóch rzeczach – żeby dojechać do najbliższej stacji benzynowej i żeby burza widoczna w oddali ominęła nasz namiot.
Dojechaliśmy na stację, zatankowaliśmy i udaliśmy się do kempingu. Nastawiliśmy pranie, wzięliśmy prysznic, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Do snu usypiały nas grzmoty, które powoli stawały się coraz głośniejsze. Byliśmy ciekawi, czy i w tym roku będzie nam dane przespać burzę w namiocie. Ale żeby się o tym przekonać, musieliśmy poczekać do rana.

 

 

Przydatne informacje:

Bryce Canyon:

 

Zion National Park:

 

Przeczytaj również:
Road Trip po USA czas zacząć – dzień 1 i 2 
Utah, Arches i Monument Valley – dzień 3
Magia Arizony, czyli Horseshoe Bend i Antelope Canyon – dzień 4
Marzenia się spełnia, czyli Grand Canyon Colorado – dzień 6
Grand Canyon, Hoover Dam i koszmar w Las Vegas – dzień 7
Viva czy nie viva Las Vegas? – dzień 8
Zobaczyć Dolinę Śmierci i przeżyć – dzień 9