Essaouira nie była naszym podróżniczym celem branym pod uwagę przy planowaniu wyjazdu do Maroka. Została nim przypadkowo i to w dodatku w momencie, kiedy moja frustracja, dotycząca niepisanego zakazu robienia zdjęć na marrakeszańskim suku sięgnęła zenitu. Nie wiem skąd dotarła do mnie informacja, że w Essauoirze, na tamtejszej Medinie, można robić tyle zdjęć, ile dusza zapragnie. Nie czekaliśmy długo, kupiliśmy wycieczkę i pojechaliśmy zasmakować innego oblicza Maroka. Chcieliśmy odpocząć od Marrakeszu, chaosu, placu Dżemaa El-Fna i tłumu turystów. Chcieliśmy pooddychać morskim powietrzem, poczuć piasek pod stopami i najeść się owoców morza.

 

 

Z Marrakeszu wyjechaliśmy zaraz po śniadaniu. Miejskie zabudowania szybko zamieniły się w brudne przedmieścia biedy, po których biegały bezpańskie psy, a ludzie maszerowali pieszo w porozrywanych ubraniach. Chwilę później naszym oczom ukazało się wielkie bogate osiedle ogrodzone bramą. Nie mogliśmy uwierzyć, że to, co widzimy dzieje się naprawdę. Takich kontrastów podczas całej naszej marokańskiej przygody było dużo więcej. Pod koniec wyjazdu zaczęliśmy się do tego powoli przyzwyczajać.

 

 

Jak powstaje olej arganowy?

Jechaliśmy spokojnie do Essaouiry, a suche pobocza ciągnęły się w nieskończoność. I nagle przed naszymi oczami ukazał się widok, na który czekałam od początku podróży do Maroka. Były to kozy skaczące po drzewie arganowym – Argania spinoza – które jest endemitem, czyli rośliną występującą tylko w jednym miejscu na ziemi. Tym miejscem jest właśnie Maroko, a dokładnie jego południowo-zachodnia część.

Okolice drzewa były opustoszałe. Zatrzymaliśmy się tam dosłownie na kilka zdjęć. Po chwili zza drzewa i z niedalekich krzaków wyskoczyli pasterze owiec, którzy za każde zrobione zdjęcie zażyczyli sobie po kilka dirhamów. Taka atrakcja turystyczna “in the middle of nowhere”.

 

Nie zajechaliśmy zbyt daleko. Już po chwili zatrzymaliśmy się w typowej marokańskiej spółdzielni zrzeszającej kobiety, pracujące przy produkcji oleju arganowego. 

Olej arganowy nazywany jest potocznie “złotem Maroka”. Dzięki temu, że zawiera kwasy tłuszczowe, antyoksydanty, fenole, steryny roślinne oraz bardzo dużo witaminy E ma fantastyczne właściwości. Obniża poziom cholesterolu, przyspiesza gojenie się ran, zapobiega miażdżycy i nowotworom, leczy choroby serca oraz choroby reumatyczne, przeciwdziała procesom starzenia, spłyca zmarszczki i zapobiega powstawaniu nowych oraz świetnie nawilża skórę. 

Owoce drzewa arganowego zbiera się w lipcu i w sierpniu. Mają one jajowaty kształt i ostatecznie przybierają jasnobrązowy kolor. Orzech arganowca zawiera w środku dwie-trzy pestki, z których tłoczy się olej. 

 

Marokanki cały dzień spędzają w specjalnych spółdzielniach zajmujących się produkcją oleju. Jest ona ciężka, czasochłonna i monotonna. Wszystko robi się ręcznie, a do wyrobu 1 litra oleju potrzeba aż 30 kg owoców. Przy każdym jednym stanowisku pracy, które oznacza jeden etap produkcji oleju, siedzi jedna kobieta. Najpierw oczyszcza się pestki, później rozłupuje się je kamieniami. Gotowe suszy się na powietrzu, a następnie mieli się w ręcznym młynku aż do momentu, w którym wytworzy się oleista pasta. Z pasty oddziela się czysty olej. Jeśli olej arganowy ma mieć zastosowanie spożywcze, tuż przed mieleniem pali się pestki na otwartym ogniu. 

 

Zarówno olej kosmetyczny, jak i olej spożywczy można kupić na miejscu w spółdzielni. Jego cena jest trochę wysoka, ale mamy świadomość, że jest on w 100% naturalny i oryginalny. W dodatku pieniądze idą prosto do rąk kobiet, które wykonują tę ciężką pracę, czyniąc tym samym ich życie nieco łatwiejsze i mniej zależne od ich mężów. 

 

Essaouira – port z niebieskimi łódkami

Po dokładnym przyjrzeniu się jak wygląda wyrób “złota Maroka”, udaliśmy się w dalszą podróż do Essaouiry. 

Essaouira (po polsku As-Suwajra, po angielsku As-Sawira, dawniej Mogador) to nadmorskie miasteczko, pełniące funkcję warownego portu. Założone zostało w połowie XV wieku przez Portugalczyków, a następnie przebudowane przez Francuzów w XVIII wieku. Mnie kusił jej spokój, nadmorska bryza i ciche uliczki Mediny, na które tak bardzo czekałam. 

Wysiedliśmy z busa tuż obok portu i swoje pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Medyny. Tuż przy Avenue Oqba Ibn Nafiaa mają swoje stragany i mini restauracje sprzedawcy ryb, którzy wykrzykują nazwy wszystkich narodowości świata, próbując zgadnąć skąd przybywają kolejni turyści, a gdy już trafią w tę prawdziwą, sypią utartymi sloganami w obcym języku. My usłyszeliśmy, że u nich tanio jak w Biedronce, że “codziennie niskie ceny” oraz że Fabri Fibra (włoski raper) to “italiano vero” (jest prawdziwym Włochem). Wybuchnęliśmy śmiechem i obiecaliśmy, że po zobaczeniu miasta jeszcze do nich wrócimy. 

Tutejsza Medyna jest niezwykła. Cicha, spokojna, magiczna i biało-niebieska. Jej uliczki nie są tak kręte i skomplikowanie ułożone jak w Marrakeszu. W końcu zaplanował ją Francuz, a i dawna nazwa miasta “Mogador” czyli “dobrze zaplanowany” zobowiązuje. W jej uliczkach można znaleźć wszystko. Sklepy z biżuterią czy z przyprawami; sklepy sprzedające olej arganowy, płyty winylowe, dywany, rękodzieło czy ceramikę. Gdziekolwiek się nie wejdzie, na odchodne zapytają Was, czy nie chcecie napić się herbaty. 

 

Orientalny klimat Medyny szybko daje się we znaki. Czuć tutejszy luz i spokój. Ma się ochotę spacerować tymi uliczkami w nieskończoność, chłonąc odgłosy, dźwięki i zapachy i obserwując tutejsze, leniwe życie. Nic dziwnego, że Medina w Essaouirze od 2011 roku jest wpisana na listę dziedzictwa UNESCO. To prawdziwe bogactwo kulturowe.

 

Po wyjściu z Medyny przeszliśmy przez bramę Bab El Mechouar i skierowaliśmy się w stronę dawnej dzielnicy żydowskiej – Mellah. Kolejnym punktem na naszej przypadkowej mapie miasta były mury obronne i port, w którym dryfują na morzu niebieskie łódki – symbol Essaouiry i największy skarb tutejszych rybaków. 

 

Atmosfera miasta chyba nam się udzieliła. Chodziliśmy powoli, bez celu, wdychając morskie powietrze i czując pod stopami zimnawy piasek. Morze nie należało do najczystszych, plaża też nie. Nie zrażało nas to jednak. Byliśmy zadowoleni, że nikt tu nie krzyczy, nikt nas nie zaczepia, nie nagania i nie naciąga do zakupu. Usiedliśmy w barze przy promenadzie i, wystawiając buzie do słońca, chwytaliśmy moment, aby zapamiętać go na jak najdłużej. 

 

Odwiedziliśmy też naszych “znajomych” z targu rybnego. Wybraliśmy rybę i owoce morza, które chcieliśmy zjeść i zaczekaliśmy aż zostaną podane. Szum morza, uderzanie fal o mury miasta, skrzekot mew i zapach ryb – tylko tyle wystarczyło, aby mój organizm zrozumiał, że nadeszła chwila odpoczynku, spokoju i szczęścia. 

 

Popołudnie spędziliśmy w dawnym sercu starego miasta. Usiedliśmy na tarasie jednej z restauracji przy placu Moulay el Hassan i obserwowaliśmy jak toczy się uliczny teatr. Mała grupa arabskich chłopaków dała pokaz swoich umiejętności gimnastyczno-tanecznych. Dwie kobiety w hidżabach zażyle o czymś dyskutowały. Mężczyzna na rowerze objechał plac 5 razy dookoła i odjechał w stronę portu. Przygarbiony staruszek o lasce powoli przemaszerował przez plac i zniknął w uliczkach Mediny. Grupa hiszpańskich turystów zebrała się razem, żeby zrobić sobie selfie. A my siedzieliśmy w zamyśleniu na tarasie, spoglądając raz na morze, raz na miasto. Każdy z nas miał swoją własną historię, inne doświadczenia i przeżycia. Każdy zwracał uwagę na coś innego. Łączyło nas jedno – odnaleźliśmy spokój pod niebem Essaouiry. 

 

Koniec dnia znaczył tylko jedno – wracamy do Marrakeszu. Od jutro znowu czeka nas hałas i chaos. Musimy uzbroić się w cierpliwość, zbudować na nowo barierę ochronną przed naciągaczami i przyzwyczaić oko do Mediny zbudowanej z różowego piaskowca. Tymczasem wsiedliśmy do autobusu i udaliśmy się w drogę. Zachodzące słońce malowało na niebie różową poświatę i zwiastowało dzień jutrzejszy. 

 

Zobacz także:
Maroko – praktyczne informacje
Maroko od kuchni, czyli co warto zjeść w Maroku
Marrakesz, prawdziwe serce Maroka – co warto zobaczyć i gdzie spać
Ait-Ben-Haddou na jeden dzień, czyli jedziemy na pustynię