#WSZYSTKOGRA (czy tylko ja się zastanawiam, po co to ten hashtag?) miał być pierwszym musicalem z największymi polskimi przebojami. Jak wyszło? Przykro to powiedzieć, ale tu wcale wszystko nie gra.

 

 

Film opowiada historię trzech pokoleń kobiet – babci (rewelacyjna jak zawsze Stanisława Celińska), jej córki Romy (Kinga Preis) i wnuczki Zosi (Eliza Rycembel). 
Zosia to studentka Akademii Sztuk Pięknych, która za dnia pracuje jako kelnerka w restauracji, a w nocy maluje mury Warszawy. 
Roma to samotna matka, która pracuje nocami jako sprzątaczka w muzeum. Stoi trochę na przegranej pozycji. Miała być wielką fotografką, a została nikim. Niedoceniana przez matkę i córkę, jedzie na wózku kobiety nieszczęśliwej, która niczego nie może zmienić (a szkoda, bo jej postać mogłaby pokazać ogromną siłę, jaką może w sobie wykrzesać kobieta po przejściach). 
Babcia jest za to pełną temperamentu kobietą, która upiera się przy swoim i walczy mimo wszystko. A o co ta walka? A o rodzinny dom, który prababcia Zosi kupiła (a raczej wygrała) jeszcze przed II Wojną Światową. Dom, w którym życie toczy się beztrosko, z dala od miejskiego zgiełku. W którego ogrodzie można zjeść śniadanie, poczytać w spokoju, zastanowić się nad życiem.

 

ogrod

 

#WSZYSTKOGRA mogło być świetnie zrobionym filmem, ze spójną fabułą, dobrze zrobionymi piosenkami, ale reżyserce Agnieszce Glińskiej chyba się gdzieś spieszyło i wyszło trochę banalnie i po łebkach. Fabuła jest zbyt płaska, a postaci rozpisane bardzo prosto. Zero zwrotów akcji, ucięte i mało spójne wątki i dziwnie zrobione zakończenie, na które chyba już zabrakło pomysłu.

 

Po pierwsze: Wątki pokazane w tym filmie nie za bardzo do siebie pasują. No bo na przykład: upadły piłkarz (Sebastian Fabijański) związuje się pod koniec filmu z Romą, którą widział dosłownie dwa razy w życiu. Po raz pierwszy na wernisażu wystawy, na który przyszedł pokazać się na “ściance”, a za drugim razem gdy wyszedł od niej z domu, w którym znalazł się po pijaku i przez totalny przypadek (w dodatku wyszedł z tego domu jak gdyby nigdy nic). Co więcej, Staszek, czyli ten piłkarzyna od siedmiu boleści, jest znienawidzony przez Zośkę, a w końcowej scenie wszyscy razem idą na piknik na plaży. Nie trzyma się to kupy, nawet jeśli bardzo byśmy chcieli.

wszystko 2

Po drugie: Prywatne dochodzenie Zośki w sprawie rodzinnego domu naprawdę miało by szansę przykuć uwagę widza na dłuższą chwilę, gdyby ten wątek był poprowadzony wartko. Bo tak to ona odkrywa tajemnicę prababki, odszukuje Lisa (który właściwie nie wiadomo kim jest. Prawnukiem pułkownika Lisa, czy może jakąś zjawą) i gra z nim w kości o dom. Wygrywa? Przegrywa? Niestety nie wiadomo i sami sobie musimy dopowiedzieć tę historię.

kosci

Po trzecie: Po co do produkcji zatrudniać znanych aktorów, którzy mają w niej role super trzecioplanową, albo w ogóle są tylko statystami? Prawdę mówiąc, gdy zobaczyłam, że w filmie zagrali Anna Tomaszewka i Paweł Wawrzecki to pomyślałam sobie, że to musi być fajnie zrobiony musical. Trochę się rozczarowałam, bo pani Anna gra tylko sąsiadkę, która ma coś do powiedzenia w jednej z ostatnich scen, a Paweł Wawrzecki to w ogóle… szkoda gadać. Że też taki aktor zgodził się  zagrać jako, cieszący się jak głupi do sera, statysta w kilku scenach. Nie wiem po co to było, ale było to co najmniej dziwne.

Po czwarte: Jak lubię Kingę Preis, tak tutaj jej mina bitej przez los kobiety jest nie do zniesienia. Przez trzy sceny chodzi w tych samych ciuchach. Ma wyraz twarzy mówiący, że zaraz zwariuje i trzeba będzie ją odwieźć do psychiatryka. Ja rozumiem, że matka jej nie docenia, że córka ma ją gdzieś, że jest samotna, że w tym domu to praktycznie żyją ze sobą i obok siebie, ale litości!!! Człowiek ma nadzieję, że jak już Roma znajdzie chłopa to jej ta mina przejdzie. Miejmy nadzieję, że przeszła. W sumie w ostatniej scenie się uśmiechała, więc to już coś.

wszystkogra2

 

Po piąte i niech będzie, że ostatnie: Największe polskie hity. Chyba jako jedyne ratują ten film, chociaż… W filmie wykorzystano najbardziej znane piosenki takich autorów jak m. in. Agnieszka Osiecka, Jonasz Kofta, Marek Grechuta czy zespołów Bajm, Perfect, T.LOVE, Maanam. Przeróbka i interpretacja niektórych utworów jest naprawdę ciekawa. Najbardziej intrygującą aranżacją był dla mnie utwór “Nie dokazuj” Grechuty i “Wszystko czego dziś chcę” Izabeli Trojanowskiej. Reszta też całkiem niezła. Oczywiście Stanisławy Celińskiej można by słuchać na okrągło. Jej piękny, dojrzały głos był miodem na moje serce. Pani Stanisławo, dlaczego nie wykonała Pani wszystkich piosenek w tym filmie?!
Kingi Preis też bardzo miło się słucha. Co do Elizy Rycembel to myślałam, że jej warsztat wokalny będzie o niebo lepszy. Niestety, musi się jeszcze trochę nauczyć, jeśli chodzi o interpretację i “czucie” danego utworu. W śpiewaniu chodzi o emocje, a tu niektóre piosenki są zaśpiewane tak płasko i bez uczucia, że sztuczność tego filmu niebezpiecznie się podnosi. Szkoda też, że niektóre piosenki mają się nijak do danej sceny. Rozumiem, że miały one oddawać charakter i emocje bohaterów w danej chwili, wyszły jednak trochę “jak kwiatek do kożucha”.

 

Jeśli mowa o muzyce to warto wspomnieć też o choreografii, za którą odpowiedzialny był nie kto inny, jak sam Agustin Egurrola. I w sumie tutaj mogłabym skończyć, bo momenty taneczne też nie są jakoś specjalnie wplecione w historię. Nie wiem, czy tylko dla mnie taniec przypadkowych ludzi na ulicy jest czymś dziwnym czy ogólnie te sceny są mało wiarygodne. 

 

To, co naprawdę jest dobre w tym filmie to zdjęcia. Warszawa jest bardzo fotogenicznym miastem i chce się ją oglądać. Obrazy, za które odpowiada Paweł Edelman przykuwają uwagę, a najpiękniejsze ujęcia to te, oddające beztroskę życia w domu rodzinnym i te, przenoszące nas w klimat lat międzywojennych (coś cudownego, aż chce się odbyć podróż w czasie).

lata 20

 

#WSZYSTKOGRA miało być o poszukiwaniu szczęścia, miłości i radości życia. Jeśli mam być szczera, to ja tam tego nie znalazłam.

Czy film spełnił swoje zadanie? Pewnie tak. Po musicalu spodziewamy się zazwyczaj czegoś lekkiego, nie jest to przecież film akcji. Na spokojny weekend jak najbardziej tak. Nie oszukujmy się jednak, nie jest to ambitne kino, w którym doszukujemy się trzeciego dna i symboliki scen.
Czy wniósł coś do mojego życia? Trudno powiedzieć. Większość piosenek już znałam, a niektóre słyszałam po raz pierwszy. Miło było usłyszeć je inaczej, niż do tej pory. Zauważyłam też, że polscy aktorzy mają nam dużo do zaoferowania… Gdyby tylko scenariusze były pisane dla nich w inny sposób.

Czy poleciłabym ten film moim znajomym? Raczej tak. Mimo, że jest w nim naprawdę dużo niedociągnięć to uważam, że warto wiedzieć co się dzieje w naszym rodzimym kinie. 

 

P.S. Prawdę powiedziawszy, gdybym poszła na ten film jeszcze raz, to pewnie bawiłabym się wyśmienicie, bo wiedziałabym czego się spodziewać.