Osoby, które mnie znają oraz stali czytelnicy bloga dobrze wiedzą, że jestem zafascynowana i zauroczona postacią Marii Skłodowskiej-Curie. A wszystko to dzięki biografii naszej noblistki, którą polecałam w “Książce do kawy” (tutaj). Jak się można domyślić, niecierpliwie czekałam na tę międzynarodową koprodukcję. I niestety, muszę to powiedzieć, ogromnie się zawiodłam. Jest mi niesamowicie przykro, że twórcy nie sprostali wielkości bohaterki swego filmu.

 

Film w reżyserii Marie Noelle opowiada o życiu Marii Skłodowskiej-Curie na przestrzeni lat pomiędzy przyznaniem jej pierwszej a drugiej Nagrody Nobla. Obserwujemy tu zgodną pracę Marii i Piotra (w tej roli Charles Berling), ich uczucie i przyjaźń. Jesteśmy świadkami odebrania przez tych dwojga Nagrody Nobla, a chwilę po tym tragicznej śmierci męża Noblistki. Widzimy jak radzi sobie bez swojej drugiej połówki, jak stara się wychowywać córki, jak silnie walczy o swoje prawa w świecie pełnym mężczyzn. Podglądamy jak kwitnie jej romans z Paulem Langevinem (Arieh Worthalter) oraz jak zostaje zaszczuta przez prasę. W końcu towarzyszymy jej w odebraniu drugiej Nagrody Nobla, która wcale taka pewna nie była.

 

I niby wszystko jest ok, ale niestety nie jest. Narracyjnie film jest tak kiepski, że aż słabo. Mocno skrócone, niedopowiedziane lub po prostu przeinaczone wątki biograficzne. Z jednej strony liczne dziury w dialogach, z drugiej swoista nachalność, która tłumaczy widzowi to, co przed chwilą zostało powiedziane.

Przykro to stwierdzić, ale wydaje się jakby reżyserce zależało przede wszystkim na przybliżeniu nam romansu Marii Curie z Langevinem. Wszystko kręci się wokół tych dwojga, którzy kręcą się koło siebie. Smutne to, że wątek naukowy jest zepchnięty na drugi, jak nie trzeci, plan. Musiał zostać, bo w końcu za coś te Noble były przyznane, ale został tak skrócony, że w pewnym momencie widz niezaznajomiony z postacią Noblistki zaczyna się zastanawiać o co chodzi. Brakuje informacji o co walczyła z naukowcami, w jakiej konferencji wzięła udział, za co dostała drugiego Nobla.

Wizja kobiety silnej i walczącej o swoje, którą zdecydowanie była Skłodowska, zaczyna ustępować kobiecie delikatnej i traktowanej jako obiekt seksualny (chociażby seksistowskie komentarze bohatera granego przez Olbrychskiego).

 

Obraz produkcji polsko-francusko-niemiecko-belgijskiej jest w stanie wybronić chyba tylko Karolina Gruszka wcielająca się w główną bohaterkę. Nie dość, że szalenie podobna do Noblistki, w dodatku potrafi zagrać każdą scenę w wiarygodny sposób. Reszta aktorów zarówno polskich (Daniel Olbrychski, Jan Frycz, Iza Kuna, Piotr Głowacki) jak i francuskich też niby daje radę, ale jest to miejscami bardzo płytkie. 99% dialogów wypowiedzianych zostaje w języku francuskim. Na szczęście polscy aktorzy, którzy tu występują nie mają z problemów z językiem Moliera i chociaż na tym polu nie ma się czego wstydzić.

Na uwagę zasługują zdjęcia Michała Englerta, które przynajmniej pozwalają zawiesić oko na pięknych ujęciach. Mnie samą urzekły także kostiumy, które wiernie oddają epokę Marii Curie.
O muzyce wypowiadać się nie będę, bo oprócz fragmentu utworu Chopina nic tu nie zapadło mi głębiej w pamięć.

 

Życiorys Marii Curie sam w sobie jest szalenie interesujący, ale twórcy filmu chyba o tym zapomnieli. Przede wszystkim można było opowiedzieć historię Marii już od momentu jej przyjazdu do Paryża i pokazać z jakimi problemami się borykała, jak walczyła o miejsce na Sorbonie czy jak poznała Piotra Curie. Można było pokazać problemy tych dwojga ze znalezieniem porządnego laboratorium, które ułatwiłoby im pracę. Można było pokazać jak trudne do pogodzenia było macierzyństwo i praca naukowa. Można było dać widzowi odczuć ból i pustkę po stracie ukochanego.

Można było. Ale po co? Przecież łatwiej oprzeć historię na sensacji i romansie, pobieżnie przelatując przez najważniejsze wydarzenia. Zabrakło pomysłu na dobry film i emocji, bo niestety emocje w tym filmie bardzo kuleją. Film jest nudny, przegadany, a miejscami trąci żenującą, tanią telewizyjną telenowelą (np. sceny, w których Maria spotyka Jeanne Langevin).

 

Podsumowując: ci, którzy znają (mniej lub bardziej) biografię Skłodowskiej wyjdą z kina rozczarowani i zniesmaczeni. Ci, którzy zbyt wiele o bohaterce nie wiedzą, dostaną jakieś tam szczątkowe informacje (np. o przyczynach śmierci Piotra, o drugiej Nagrodzie Nobla), dzięki którym ich wiedza zostanie trochę poszerzona.
Jeśli jednak macie ochotę lepiej poznać naszą Noblistkę, sięgnijcie po książkę lub po film dokumentalny o Marii (np. ten, który szczerze polecam), a na film poczekajcie aż wyjdzie na DVD lub jako dodatek do któregoś z kobiecych czasopism. Tym razem do kina iść nie warto.