Na początku była pasja. Pasja do pisania, do opowiadania, do dzielenia się swoimi przemyśleniami, podróżami, książkami.

Później pojawił się pomysł. Zaczął kiełkować w mojej głowie pomalutku i nieśmiało.

Nieśmiało, bo sama idea wydawała mi się absurdalna. Że niby ja miałabym pisać? Publicznie? W Internecie? Tworzyć swoją małą przestrzeń? Kto mnie będzie czytać? Jest przecież tylu świetnych twórców internetowych! Sama czytam i obserwuję wielu blogerów, którzy inspirują, motywują i przyciągają czytelników. A może warto spróbować?

 

Różne myśli przechodziły mi przez głowę. Jedne bardziej śmiałe, inne beznadziejne. Blogowanie wydawało się takie przyjemne i proste. Wydawało się.
Dość długo biłam się z myślami, tysiące razy robiłam w głowie drzewa decyzyjne, myślałam co mi to da i pytałam o opinie innych. Pewnego dnia Kot powiedział: “jest promocja na domeny. Jaką chcesz mieć nazwę tego bloga?”

I tak, chcąc niechcąc, zdecydowałam się. W końcu!

 

Nazwa nie przyszła łatwo. Nie chciałam się ograniczać tylko do kina, tylko do książek albo tylko do podróży. Chciałam mieć możliwość wolności, wyboru, pisania o tym, co mnie cieszy, co daje mi radość, co sprawia, że mi się chce. I tak wyszło. My Little Pleasures. Bo rzeczy, o których piszę to moje małe przyjemności, na które sobie legalnie pozwalam.

 

 

Pierwszy wpis wylądował na blogu o 18:10 13-tego maja. W piątek. Szczęśliwy. Do tej pory pamiętam to przyspieszone bicie serca w momencie naciskania na przycisk “Publish”.

 

Początki nie były łatwe. Social media, zasięgi, lajki, pozycjonowanie, SEO, wtyczki. Prowadzenie bloga okazało się cięższe niż mi się wydawało. Do tego dochodziły czytelne i interesujące teksty, zdjęcia i ich obróbka, stylistyka, ortografia i interpunkcja, no i w końcu czas na pisanie.

 

Udało się! Minął rok, a ja piszę. Piszę do Was, nie do szuflady. Nie poddałam się. Dałam radę. I co więcej, przynosi mi to całkiem niezłą (i coraz większą) frajdę i motywuje do jeszcze większego działania.

 

 

W ciągu tego rocznego blogowania nauczyłam się wielu nowych rzeczy, poznałam ciekawych ludzi z blogosfery, znalazłam nowe blogi, które czytam, a także podjęłam ważne decyzje dotyczące życia zawodowo-osobistego. Jest super!

Czasami zastanawiam się, jak wyglądał mój czas wolny przed blogowaniem. Bo przecież nic wiele się nie zmieniło – dalej mam czas na siłownię, spotkania ze znajomymi, podróże, książki, kino, tłumaczenia. A jednak blogowanie też zabiera sporo czasu. A może to właśnie ten urok wielu obowiązków i jeszcze lepszej organizacji?

 

 

Dziękuję! Dziękuję Wam za to, że czytacie te słowa. Że wchodzicie tutaj, że komentujecie, że dajecie mi Wasz, jakże cenny, kredyt zaufania. Że uważacie, że warto mnie czytać i że spędzacie ze mną Wasz wolny czas.
Dziękuję za wszelkie dobre słowa i motywację do kolejnych wpisów.

 

Mam nadzieję, że za rok będzie kolejna okazja do świętowania (tego sobie życzę, z całego serca).

Ściskam!
Kinga