Kilka miesięcy temu, gdy zrobiło się lato, na Wiśle zaczęły się pojawiać dwuosobowe kajaki, a w nich ludzie, którzy mieli z tego radości co nie miara. Zaczęło się też miauczenie Kota, który na taki kajak wybrałby się bardzo chętnie.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, a ci którzy nie wiedzą to się zaraz dowiedzą, że ja panicznie (ale to PANICZNIE!!!) boję się wody. Moja kąpiel w morzu, na przykład, wygląda w ten sposób, że wchodzę tak maksymalnie do pasa i wychodzę. Popływane. Basen? 4 razy próbowałam nauczyć się pływać i nadal jestem na poziomie początkującym. Gdy podczas mycia włosów naleje mi się trochę wody do oczu jest dramat. Wyobraźcie więc sobie mnie pływającą kajakiem po Wiśle. NIE MA MOWY!!!

 

Jednak w sierpniu tego roku natknęłam się na wpis Anety z bloga AnetaNIEZając, opisujący spływ kajakowy Dłubnią. Nie wiem, co mi się wtedy stało, ale czytając ten artykuł mój strach poszedł w niepamięć. Poczułam się prawdziwym Indianą Jonesem w spódnicy i postanowiłam zaryzykować. Zarezerwowałam miejsce, zrobiłam Kotu niespodziankę na jego urodziny i wszystko trzymałam w totalnej tajemnicy.

Nie będę się zgrywać, że znałam rzekę Dłubnię od małego. Co to, to nie. Takie zdanie może wypowiedzić Aneta właśnie. Moją miejską rzeką jest, była i pozostanie Wilga, która przepływa przez Ludwinów. No dobra, znam też rzekę Prądnik.
Jedno jest pewne – Dłubnia jest dla mnie w miarę nowa. I przez to właśnie tak bardzo ciekawa.

Zaczynamy…

W pewną jesienną niedzielę obudziłam się o 7 rano z nadzieją, że te kajaki zostaną jednak odwołane. Dzień wcześniej padało, więc było to możliwe. Nie otrzymałam żadnego telefonu ani SMSa, więc zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się do Nowej Huty.

O 9 rano byliśmy już na zbiórce przy Zalewie Nowohuckim. Na miejscu chłopaki z Nowa Huta Travels przygotowali kajaki do wodowania, wytłumaczyli nam jak wygląda spływ, czego można się spodziewać i nauczyli, jak posługiwać się wiosłem. Nie pozostawało nam nic innego jak ubrać się w kapok, wejść do kajaka i przeżyć przygodę tej jesieni.

kajak1

Rzeka Dłubnia…

… wypływa ze źródła we wsi Jangrot i płynie sobie około 50 kilometrów, aby ujść do Wisły właśnie w Krakowie. Dłubnia jest nazywana nowohucką Amazonką. I tak faktycznie jest. Rzeka jest dzika i nieprzewidywalna. Raz głęboka, a za chwilę tak płytka, że trzeba wyjść z kajaka, żeby go trochę popchnąć. Do tego wodospady (mniejsze i większe), urwiska, zakola, wąskie przesmyki i powyginane gałęzie drzew, które trzeba zwinnie ominąć. Na niektórych fragmentach czuliśmy się faktycznie jak na Amazonce. I tylko pływające butelki i opony przypominały nam o tym, że jesteśmy w Krakowie.

Relaks? Tak, ale trzeba się też trochę napracować i namęczyć, żeby móc dopłynąć do mety, która jest w przystani koło Mostu Wandy (a dokładnie w okolicy Ogródków Działkowych Wanda). Nie myślcie jednak, że będziecie płynąć sobie powolutku jak po Wiśle, rozglądając się i obserwując widoki. W sensie to też, ale tutaj trzeba mieć dobry refleks i oczy szeroko otwarte.

kajak3

Jak wygląda spływ?

Odcinek rzeki Dłubni, który jest do przepłynięcia liczy jakieś 5 kilometrów, podczas których możecie się spodziewać wszystkiego. Ekstremalne przeżycia i odpoczynek w jednym. Ostatni kilometr przepływa się już Wisłą i to tutaj zaczyna się prawdziwy relaks.

Nie musicie się niczym martwić. Chłopaki z Nowa Huta Travels wszystko mają po kontrolą. Przygotują kajaki, pomogą w trudnych chwilach (czytaj – kiedy kajak stanie w poprzek rzeki), a na koniec spływu zaproponują grilla we wspólnym gronie. Tak tak, dobrze słyszycie. Po takim spływie kiełbaska z grilla smakuje jak nigdy wcześniej.

Przeżycia i wnioski

Gdyby nie to, że byliśmy w większej grupie, już na samym początku wyszłabym z kajaka i wróciła do domu. Woda to nie mój żywioł. Boję się głębokości od dziecka i tak już pewnie zostanie. Mój strach zrozumie ten, kto się topił albo ten, kto ma inną silną fobię. Nie wiem co mną powodowało podczas rezerwacji tego spływu. Chęć zrobienia niespodzianki, przeżycia przygody czy pokonania lęku.
Początkowo czułam się w tym kajaku bardzo klaustrofobicznie. Strach przerodził się w złość; złość w nienawiść; nienawiść przerodziła się w chęć poddania się i zawrócenia, a później było już tylko lepiej. Bezradność zaczęła mnie śmieszyć na tyle, że zaczęłam czerpać radość z tego spływu i pokonywania swojego lęku. Nie poddałam się!!! I co więcej, za rok powtórzę to jeszcze raz 🙂 Tak, dobrze czytacie. Jeszcze raz pokuszę się na spływ Dłubnią. Może tylko wybiorę nieco cieplejszy miesiąc.

selfie-na-kajaku
A Kot? No cóż – nie był przygotowany na taką przygodę. Jego początkowe niezrozumienie sytuacji (“co my tu robimy?”) szybko przerodziło się w przygodę życia i ogromną frajdę. Dla niego to był bardziej rafting i sport ekstremalny (według mnie lekka przesada) niż kajaki o jakich marzył, co znaczy, że niespodzianka się udała 🙂

Co, gdzie, jak?

Jeśli chcecie przeżyć taką przygodę w samym środku Krakowa, to zajrzyjcie na stronę Nowa Huta Travel i dowiedzcie się więcej szczegółów. Zarezerwować wycieczkę można na stronie EcoTravel.
Spływ trwa około 2-3 godzin i kosztuje 89zł za osobę. W cenie jest oczywiście kajak, wiosło, kapok, ubezpieczenie i końcowy grill.

kajak4

 

P.S. I jeszcze jedno – jeśli myślicie, że rzeczy na zmianę nie będą Wam potrzebne, możecie być w błędzie. Lepiej faktycznie wziąć spodnie i bluzę, niż wracać do domu w mokrych ciuchach 🙂

Save

Save

Save