Jackie Kennedy zna chyba każdy. I to nie tylko pasjonat mody. Zasłynęła jako żona 35. prezydenta Stanów Zjednoczonych, kobieta pełna uroku, smaku i stylu. To ona wylansowała “chanellowskie” kostiumy (pudełkowe żakiety i spódnice midi), proste sukienki w kształcie litery “A” oraz te z podkreśloną talią. To ona pokazywała się w małych toczkach na głowie, w okrągłych okularach przeciwsłonecznych, w eleganckich, białych rękawiczkach oraz w pięknych, prostych “małych czarnych”.

 

To dzięki niej Amerykanie mogli “zwiedzić” Biały Dom i to dzięki niej ten dom wszystkich Amerykanów odzyskał swoje szykowne i kulturalne oblicze. Jacqueline Kennedy wydawała w Białym Domu piękne przyjęcia, zapraszała osobistości kultury i sztuki, w końcu odrestaurowała stare meble zalegające w magazynie i stworzyła z tego wielkiego gmachu prawdziwy dom.

 

Teraz, dzięki Pablo Larrainowi, chilijskiemu reżyserowi, na ekranach kin możemy oglądać portret tej, jakże stylowej, byłej pierwszej damy. “Jackie” to obraz opowiadający o życiu pani Kennedy tuż po śmierci jej męża. Główna akcja filmu toczy się tydzień po śmierci Johna Kennedy’ego, kiedy to Jackie udziela pierwszego wywiadu (który później i tak będzie autoryzowany). Podczas rozmowy z dziennikarzem (w tej roli Billy Crudup) pojawiają się liczne retrospekcje do słynnej wizyty w Dallas, do momentu zabójstwa prezydenta i do przygotowań do pogrzebu. W całej tej historii Jackie Kennedy jawi się widzowi jako elegancka ale smutna pani domu, z którego za chwilę zostanie grzecznie wyproszona.

 

To co widzimy głównie na ekranie to emocje. Emocje, które towarzyszyły i towarzyszą Jackie. Piękna i radosna kokietka sprzed wizyty w Dallas staje się nagle wychudzoną i przerażoną wdową, którą przeszywa ból, lęk i która czuje się ogromnie samotna i rozdarta. Bajka o nieszczęśliwym Kopciuszku, chciałoby się rzec. I tak niestety jest. Jackie ma wszystko – piękne kreacje, ogromny dom, dwójkę cudownych dzieci i męża, którego kocha ponad wszystko i w pewnym momencie prawie wszystko zostaje jej zabrane. Zostaje sama z dziećmi, bez domu i z wątpliwościami co teraz, jak da sobie radę, gdzie będzie mieszkać, za co będzie żyć.

Widz poznaje Jacqueline Kennedy nie tylko jako piękną pierwszą damę. Larrain przybliża nam postać Jackie i pokazuje, że ona też była zwykłym człowiekiem z prawdziwymi emocjami. Trochę bardziej próżna i trochę bardziej szykowna, ale przez to jeszcze bardziej samotna i przeżywająca ogromną stratę w obliczu kamer.

 

Do zagrania głównej roli reżyser wybrał Natalie Portman i zrobił chyba najlepiej, jak tylko mógł. Praca przez nią wykonana zasługuje na wielkie uznanie. Sposób w jaki się porusza, mowa ciała, gesty i naśladowanie głosu Jackie można uznać za majstersztyk. Portman ma tu kilka dobrych scen do zagrania, większość jednak wypowiedziana jest emocjami i mimiką. Jej smutek, ból, żal i szaleństwo na granicy obłędu są zagrane z wyczuciem. Nie ma tu nadmiernego i niepotrzebnego patosu. Świetnie pracuje też kamera, która licznymi zbliżeniami podkreśla wszelkie emocje, którymi Natalie/Jackie dzieli się z widzem. Zazdrościmy jej pięknych kreacji, ale nie chcielibyśmy znaleźć się na jej miejscu.

 

W filmie odtworzone zostały też sceny z wizyty telewizji w Białym Domu. Natalie Portman włożyła w nie bardzo dużo pracy. Głos, mowa ciała, dbałość o szczegóły – wszystko to robi duże wrażenie. Jedyne, do czego można się tu doczepić to lekka sztuczność bijąca z ekranu. Wygląda to bowiem, jakby Natalie była wklejona w scenę i w przestrzeń Białego Domu z tamtych lat. Mnie to trochę kuło w oczy i czuję, że można to było zrobić dużo lepiej.

 

Na uwagę zasługuje charakteryzacja i stroje, muzyka oraz dbałość o szczegóły. Za te pierwsze odpowiada Madeline Fontaine i nie zdziwię się, jeśli jej kostiumy zgarną Oscara. Słynny różowy kostium wygląda tak, jakby był tym oryginalnym, a te małe czarne mogłyby się znaleźć w szafie każdej z nas.

 

Muzyka Mici Levi jest bardzo dobrze skomponowana i świetnie podkreśla emocje, tak ważne w filmie. Piękna muzyka symfoniczna, delikatne smyczki połączone z fletami i fortepianem. Tego można słuchać na okrągło. W filmie pojawia się też Pablo Casals, słynny wiolonczelista, który wystąpił w Białym Domu (jedna z piękniejszych scen filmowych, w których występuje wiolonczela).

 

Portret Jackie ujmuje, smuci i skłania do refleksji. Jednym ten film się spodoba, innych znuży i zanudzi. To nie jest film akcji, ani typowy film biograficzny. To film ukazujący wielką ikonę mody jako zwykłego człowieka, którego dopadła ogromna osobista tragedia; to film trochę przemilczany, niedomówiony, opowiedziany emocjami i mimiką. Ja lubię takie obrazy, które nie są przegadane i które pozwalają widzowi na zadumę, melancholię i odpowiedzenie po swojemu na kilka pytań.
Mam nadzieję, że “Jackie” zgarnie Oscara za kostiumy i za rolę najlepszej aktorki. Natalie się to należy. Jackie również!

Kinga Gajewska
Follow me

Kinga Gajewska

Spodobał Ci się ten post?
- Udostępnij komentarz na Facebooku (będę zaszczycona)
- Polub mój funpage (będę wiedzieć czy to moje bazgrolenie ma sens)
- Zostaw komentarz. Może chcesz coś dodać, czymś się podzielić, coś poprawić. Chętnie się o tym dowiem.
Kinga Gajewska
Follow me