Na ten film widzowie polskich kin czekali i czekali. I wreszcie się doczekali! Nareszcie, chciałoby się wykrzyczeć. Bo czegoś takiego w kinie już dawno nie było. Zachwyt pełnym sercem!

Lubię musicale. Co więcej, ja musicale uwielbiam i mówię to z całą świadomością wypowiadanych przeze mnie słów. W musicalach jest wszystko to, czego w kinie szukam i na co zawsze zwracam uwagę. Muzyka na wysokim poziomie, śpiew, taniec. Opowieść o miłości, o pasji, o życiu. Dlatego też, gdy po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun “La La Land” i gdy dowiedziałam się co to jest za film, wiedziałam, że muszę go zobaczyć na dużym ekranie.

 

“La La Land”… tytuł powinien mówić wszystko. Tytuł powinien być już samym znakiem jakości tego filmu. Bo ten film jest jakościowo idealny. Dawno nie zachwycałam się tak żadnym obrazem. Dawno też po wyjściu z kina nie byłam tak bardzo rozanielona.

“La La Land” to powrót do starych, dobrych hollywoodzkich musicali. To film tak piękny, że jakiekolwiek słowa to za mało. Damien Chazelle zabiera nas do słonecznego L.A., do miasta, w którym wszystkie american dreams mają szansę się spełnić. Jest luz, jest pasja i jest ogromnie pozytywna energia. Już podczas pierwszej sceny tanecznej na autostradzie kiełkuje nam w głowie myśl, że to będzie film niezwykle widowiskowy. Będzie się działo! Będzie uśmiech na twarzy i serduszka w oczach i ogólne rozmarzenie. Nie wiem jak inni widzowie, ale ja w trakcie tej sceny miałam ochotę wstać i bawić się razem z tancerzami. A po jej zakończeniu, chciałam już tylko przenieść się do Los Angeles i tam zostać.

 

Na tej samej autostradzie poznajemy też naszych bohaterów. No bo skoro musical, to musi być jakaś historia miłosna. Tak więc jest on i ona. Ona to Mia (Emma Stone), on to Sebastian (Ryan Gosling), którzy żyją swoim zwyczajnym życiem w Kalifornii. Ona pracuje w kawiarni i marzy o aktorstwie. On gra jazz, i marzy, żeby w przyszłości ponownie otworzyć swój klub, w którym królować będzie tylko jeden gatunek muzyczny. Ponownie, bo poprzedni klub splajtował. I tak kilka razy ich drogi się łączą, aby połączyć się na zawsze.

Piękna historia o współczesnej miłości i o tym, że prawdziwe uczucie potrafi zdziałać cuda i pchnąć ku realizacji marzeń. Nie jest przecież tajemnicą, że Chazelle oddaje tu hołd marzycielom, tym którzy mają odwagę marzyć i spełniać swe marzenia, nawet jeśli wymaga to większego wysiłku.

 

“This is the dream! It’s conflict and it’s comprimise and it’s very, very exciting!”

 

Jak wiadomo, marzenia same się nie spełniają i trzeba ciężko pracować, aby stały się rzeczywistością. Tę prostą wiadomość przekazują nam twórcy filmu, pokazując, że jeśli ma się obok siebie osobę, która nas dopinguje i która w nas wierzy, wszystko wydaje się prostsze i nagle niemożliwe staje się rzeczywistością. Ja takie historie lubię i ja je w pełni kupuję. Tym bardziej, jeśli są opowiedziane tak dobrze, jak tutaj.

 

Zdjęcia. Zdjęcia w “La La Land” to czysta poezja. Obrazy są przepiękne. Kolorowe, niby zwyczajne i codzienne, a jednak jakby trochę baśniowe. Żywa i jasna kolorystyka przenosi nas w ten magiczny kalifornijski świat, gdzie wszystkie amerykańskie sny się spełniają i to pewnie dzięki temu wzdychamy raz za razem.

W “La La Land” wszystko do siebie pasuje – ujęcia nocne są naturalnymi następstwami tych dziennych. Setki statystów, którzy tworzą obraz i dynamiczna kamera dają poczucie, że zabawa trwa w najlepsze. I tak faktycznie jest. Na uwagę zasługują piękne stroje Emmy Stone (fantastyczna fioletowa sukienka skradła moje serce!) i stylizacje na lata 60, które świetnie wpasowują się we współczesny klimat.

W końcu Los Angeles – miasto tak fotogeniczne, że żaden dodatkowy zabieg nie jest potrzebny. Najlepsza (plastycznie) scena? Mia, przejeżdżająca samochodem i spoglądająca w stronę kina Rialto, do tego ciepłe, zachodzące słońce – totalnie oczarował mnie ten moment.

 

Muzyka. Jeśli chodzi o muzykę, to tutaj najchętniej nic bym nie powiedziała i odesłałabym Was do ścieżki dźwiękowej filmu. Ale nie mogę tak zrobić. Może wykształcenie muzyczne każe mi się pozachwycać (chociaż chwilę) nad muzyką pochodzącą z “La La Land”. Może ogólny temat muzyczny nie jest nie wiadomo jak bardzo oryginalny, ale jest tak delikatny, wysublimowany i prosty, że urzeka, tak po prostu. Bawi, wzrusza, przyprawia o gęsią skórkę, wpada w ucho i sprawia, że chce się go słuchać na okrągło. Surowość fortepianu przeciwstawiona bogactwu kawałków instrumentalnych (smyczki, flety i trąbki) – to wszystko tak do siebie pasuje, że nie ma się do czego przyczepić. Gosling może nie jest jakimś wirtuozem klawiatury, ale widać, że fortepian to jego życie (chapeau bas za sceny muzyczne). Fajne w tym filmie jest to, że mamy do czynienia z dwójką śpiewających aktorów, a nie z profesjonalnymi śpiewakami. Dzięki temu piosenki przez nich wykonywane niosą ze sobą ogromny ładunek prawdziwości. Ich głosy nie są wyćwiczone, a gdzieniegdzie trafi się jakaś nieczystość i bardziej płaski dźwięk. Ale tutaj to nie razi, tutaj to ogromna zaleta.

No i jazz. Jazz to ukochana muzyka Sebastiana, do której stara się przekonać Mię i widzów. Czy mu to wychodzi? Ja bym powiedziała, że tak, ale ja wyrosłam na kawałkach jazzowych (dzięki Tato!), więc dla mnie każda scena z jazz bandem była niczym miód na serce.

 

Cóż mogę jeszcze dodać? Chyba tylko tyle, że koniec złamał mi serce i naprawdę szczerze się popłakałam (już tak mam, że dobre filmy często mnie wzruszają). Ale po wyjściu z kina i ochłonięciu z emocji, wybaczam twórcom filmu i przyznaję, że tak miało być.

 

“La La Land” jest cudownym filmem. Piękny, romantyczny, wzruszający, magiczny. Po jego obejrzeniu wcale nie dziwi mnie, że zgarnął aż 7 Złotych Globów. Po cichutku liczę na Oscara, życząc sobie i nam wszystkim, żeby takich filmów powstawało nieco więcej.

Kinga Gajewska
Follow me

Kinga Gajewska

Spodobał Ci się ten post?
- Udostępnij komentarz na Facebooku (będę zaszczycona)
- Polub mój funpage (będę wiedzieć czy to moje bazgrolenie ma sens)
- Zostaw komentarz. Może chcesz coś dodać, czymś się podzielić, coś poprawić. Chętnie się o tym dowiem.
Kinga Gajewska
Follow me