Bardzo lubię oglądać filmy, w których gra Judi Dench. Nie wiem z czego to wynika, ale wiedząc, że w obsadzie aktorskiej znajdę to konkretne nazwisko od razu robi mi się ciepło na sercu. Nie inaczej było w przypadku “Powiernika królowej”. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun tego filmu wiedziałam, że piątkowe popołudnie spędzę na nim w kinie. Judi w roli królowej, przystojny Hindus w roli męskiej, ciekawa historia i film kostiumowy – to nie mogło się nie udać. A jak było naprawdę?

 

“Powiernik królowej”, obraz w reżyserii Stephena Frearsa, rozpoczyna się informacją, że w większej mierze został oparty na faktach. Nie powiem, ciekawy zabieg, żeby tak od razu, na początku, wytrącić widza z uwagi i zmusić go do rozmyślań w stylu: “czy to wydarzyło się naprawdę?”, “czy to miało miejsce w przeszłości?”.

 

Bohaterem filmu jest Abdul Karim (Ali Fazal), wysoki i zabójczo przystojny Hindus, pracujący jako kronikarz więzienny w Agrze. Pewnego dnia zostaje on wysłany do Anglii, aby na uroczystej ceremonii wręczyć królowej angielskiej (która nosi również tytuł cesarzowej Indii) Mohur – specjalną monetę, symbolizującą wdzięczność jej hinduskich poddanych. Wyprawa ma trwać 2 tygodnie, jest dla Abdula ogromnym wyróżnieniem i, jak się później okaże, wywróci jego życie do góry nogami.

Drugą główną bohaterką opowieści jest oczywiście Królowa Wiktoria (wspomniana Judi Dench). Stara, smutna, samotna i znudzona życiem. Jej najbliżsi (mąż Albert i służący John Brown) odeszli na wieczną posługę, córki porozjeżdżały się po świecie, a syn książę Bertie tylko czeka na jej śmierć i przejęcie tronu. Jest jeszcze służba i najbliżsi współpracownicy, ale ci zdają się traktować królową jak przedmiot, nie jak osobę i czują się na dworze zbyt pewnie.

Jest rok 1887 i Złoty Jubileusz królowej, która panuje od pół wieku. Jej dnie wypełnione są spotkaniami z najważniejszymi głowami państw, które ją samą niewiele interesują. Jedyną rozrywką jest zjadanie dań w ekspresowym tempie i… zasypianie z nudów.

I wtedy pojawia się Karim, który wręcza królowej Mohur i robi wszystko, żeby tylko nie spojrzeć jej w oczy i usłużnie odejść. Ale pragnienie zobaczenia królowej z bliska jest silniejsze. Jak można się spodziewać, Karim łamie protokół i patrzy na Wiktorię. Spojrzenia bohaterów krzyżują się i są początkiem ich wielkiej przyjaźni. Królowa jest zachwycona Abdulem, jego wiedzą i spojrzeniem na świat. Karim staje się osobistym służącym królowej, a następnie zostaje jej nauczycielem (munshi). Przybliża jej Indie, Tadż Mahal, smak mango i uczy ją języka urdu. A Wiktoria? Ze zmęczonej życiem staruszki, z dnia na dzień, zamienia się w radosną i ludzką władczynię, która zdanie swoich pracowników na temat tego hinduskiego muzułmanina ma gdzieś. Jak rozwinie się przyjaźń między królową i służącym? I czy przetrwa najgorsze chwile? Idźcie do kina i przekonajcie się sami.

 

Czy warto? Na początek zacznę od minusów, których jest stosunkowo mało, aby później móc się rozwodzić nad plusami. Film pokrywa 15 lat panowania królowej Wiktorii (od 1887 do jej śmierci w 1901 roku) i te lata gdzieś się rozmywają. Widz nie bardzo wie, w którym roku obecnie się znajduje. Całych 15 lat nie da się zmieścić w 112 minutach, dlatego też niektóre wątki są urwane, mocno skrócone albo tylko liźnięte. Nie podobało mi się również jak Frears rozwiązał problem śmierci królowej. Zaciekawieni widzowie nie dostają żadnej informacji na temat powodów zgonu. A przecież jak wiadomo, Wiktoria nie zmarła ze starości.

 

Plusów jest dużo więcej. Po pierwsze gra aktorska. Judi Dench jest fantastyczna jako królowa. Dostojna, z klasą, ale potrafiąca pokazać człowieczą twarz swojej bohaterki. W niektórych scenach przypominała mi wręcz moją własną babcię – kochana i ciepła, ale też twarda i bezkompromisowa. Ali Fazal dotrzymuje jej kroku i dzielnie partneruje, ale nie ma większych możliwości pokazać swoje umiejętności aktorskie. W rolach królewskiej świty i pracowników dworu zobaczymy świetnych brytyjskich aktorów (Olivia Williams, Eddie Izzard czy Michael Gambon).

Oprócz wątku przyjaźni Wiktorii i Abdula mamy tu jeszcze wątek polityczny i kulturowy. Na własne oczy widzimy jak bliscy pracownicy królowej knują przeciwko jej nowemu pupilowi. Niektóre sceny zostały nakręcone ze swoistą powagą, ale inne (jak np. scena ze sfrustrowanym lekarzem) są bardzo udaną parodią. Ironizują i wyśmiewają się zachowań dworu, pokazując, że pod płaszczykiem dobrych manier kryją się tak naprawdę rasizm, hipokryzja i zbytnie uwielbienie dla wygodnego stylu życia.

Wizualnie to kolejny bardzo udany film, który miałam okazję ostatnio oglądać. Z tym, że “Powiernik” utrzymany jest w jasnej i ciepłej kolorystyce. Piękne wnętrza, cudownie oddane życie uliczne w dawnych Indiach, zamkowe komnaty, zachwycające kostiumy, królewskie klejnoty i idealnie utrzymane ogrody z równiutko przystrzyżoną trawą. Wszystko tu do siebie pasuje i jest nieprawdopodobnie fotogeniczne. Aż chce się na to patrzeć.

 

“Powiernik królowej” to piękna opowieść o przyjaźni wysokiej rangi osobistości ze zwykłym człowiekiem z ludu. Śmieszy, rozczula, wzrusza, zmusza do myślenia i w znaczny sposób przybliża widzowi postać królowej Wiktorii, dając nadzieję, że nie ma przyjaźni niemożliwych, a w życiu wszystko może się zdarzyć.