Jak pewnie pamiętacie (a pisałam o tym tutaj), moje zainteresowanie Wyspami Eolskimi rozpoczęło się na lekcji kina podczas Erasmusa i spowodowane było starymi sycylijskimi filmami dokumentalnymi, które opowiadały o Stromboli.

Ziemia magii, tajemnicy, niezwykłej natury. Ziemia spokojnych wyspiarzy, którzy w poszanowaniu pór roku i tradycji żyją z rolnictwa i rybołówstwa.

 

Stromboli. Czwarta co do wielkości wyspa archipelagu Wysp Liparyjskich (12,6 km²). Wikipedia podaje, że zamieszkuje ją około 400 osób, ale jak dowiedzieliśmy się podczas rozmowy z lokalnymi mieszkańcami, w okresie zimowym wyspę zamieszkuje około 200-300 osób. W lecie ta liczba wzrasta do około 600, a to za sprawą studentów wracających do domów czy Sycylijczyków pracujących na lądzie, a mających tu domy i przyjeżdżających na wakacje.
Stromboli to przede wszystkim jeden z najbardziej aktywnych wulkanów Europy i świata. Potrafi erupować nawet kilka razy w ciągu godziny.

Stromboli pachnie. I nie jest to zapach, który znajdziecie na Vulcano czy Lipari. Stromboli pachnie morzem, rybami, rozgrzanym czarnym piaskiem, anyżem, dzikim koprem. Pachnie kaparami, kwiatami opuncji figowej, cytrusami. Pachnie prawdziwie i szczerze.

 

 

Wychodząc z portu, skierowaliśmy się w stronę wznoszącej się wąskiej uliczki. Weszliśmy wgłąb wyspy, mijając po drodze restauracje, bary, pocztę, malutkie sklepiki i licznych przewodników, oferujących wejście na szczyt wulkanu. Już spacer Via Roma pozwala zauważyć z jaką wyspą mamy do czynienia. Jest spokojnie, nie tak bardzo turystycznie, króluje tu natura i małe, białe eolskie domki. Jest cudnie!

 

 

Via Roma zaprowadziła nas na Piazza San Vincenzo, której nazwa pochodzi od górującego tu kościoła San Vincenzo. Z placu rozpościera się piękny widok na morze, pozostałe Wyspy Eolskie, na pobliską plażę i na Strombolicchio.
Strombolicchio to pozostałość po najstarszym wulkanie Wysp Eolskich, z którego pozostał już tylko stożek.

 

Szliśmy dalej, mijając po drodze niebiesko-białe domki, sady pomarańczowo-cytrynowe i nielicznych mieszkańców.
Jedynymi środkami transportu są tu rowery, skutery i ape, małe wyspiarskie samochodziki, które dodają temu miejscu jeszcze większego uroku.


Spacerowaliśmy. Trochę bez celu, bez pośpiechu, leniwie. Zaglądając w różne uliczki, zaułki. Poznając powoli prawdziwe życie wyspy.
Na Via Vittorio Emanuele minęliśmy mały sklepik La Bottega di Marano, do którego wróciliśmy po paru krokach. Byliśmy trochę głodni i nasz wybór padł na zwyczajną focaccę z pomidorkami i bazylią. I wiecie co, to była najlepsza focaccia jaką jadłam w życiu. Serio. Nie żartuję. Puszyste ciasto, lekko wilgotne od aromatycznej oliwy, mięsiste pomidorki i bazylia – tak smakuje szczęście i słońce. Gdyby wszędzie sprzedawali taką focaccę, jadłabym ją chyba codziennie.

Na Via Vittorio Emanuele znajduje się również dom-muzeum, w którym kręcone były sceny z filmu “Stromboli. Terra di Dio” z Ingrid Bergman i Roberto Rossellinim w rolach głównych. Chcieliśmy wejść do środka, ale niestety, muzeum było zamknięte.

 

Błądząc i snując się po okolicy dotarliśmy do kościoła San Bartolomeo z 1801 roku. Zarówno fasada kościoła jak i placyk wokół niego przeniósł nas na chwilę na Sycylię lat 20. XX wieku.

 

Tutejsza okolica to Piscità. Można stąd dojść spokojnie na pobliską czarną plażę lub wspiąć się do góry w kierunku obserwatorium. Po drodze natknęliśmy się na budynek lokalnej szkoły, tuż pod samym wulkanem. Ciekawe jak to jest uczyć się w takim miejscu.

Szkoła tuż pod wulkanem

 

Moim pierwotnym celem było wejście na szczyt wulkanu, ale niestety zawiódł mnie mój zmysł organizacyjny (czyt. źle zaplanowałam ten wypad. Zdarza się). Nie wzięłam pod uwagę, że wejście na wulkan będzie bardzo czasochłonne, a zejście będzie późniejsze niż ostatnie aliscafo na Vulcano.
Z wielkim trudem, ale jednak przełknęłam moją własną porażkę i pogodziłam się z myślą, że pozostaje mi jedynie zjedzenie obiadu u podnóża Stromboli. Też super.

 

Droga prowadząca do L’Osservatorio jest piaszczysta i otoczona z obydwu stron przepiękną roślinnością. Różnokolorowe kwiaty wabią bąki-mutanty i tworzą idealny kontrast z lazurowym morzem. Po krótkim i niezbyt męczącym spacerze dotarliśmy do L’Osservatorio.

 

Ta restauracja miała na Tripadvisor bardzo dobre opinie, więc zdecydowaliśmy się zaryzykować. Menu jest krótkie i bazuje na rybach, które są super świeże i pysznie przyrządzone, a tutejsze pasty to radość dla kubków smakowych. Pizza jest dostępna tylko w porze kolacji. Ceny są trochę przesadzone, ale w końcu nie codziennie jada się obiad u stóp czynnego wulkanu.

 

Zamówiliśmy i czekaliśmy na show Stromboli. W czasie naszego ponadgodzinnego obiadu, z wulkanu wydobyły się trzy mniejsze i większe wybuchy (widzialne i słyszalne). Niezwykłe przeżycie. Jedliśmy i zachwycaliśmy się smakami i siłami natury, co jakiś czas popijając obiad zimnym piwem, na którego białej piance już zaczął się pojawiać pył wulkaniczny.

 

W drodze powrotnej spoglądaliśmy raz na wulkan, raz na morze, chłonąc cały ten widok. Na zakończenie dnia usiedliśmy na czarnej plaży, gapiąc się w spokojny horyzont, rozmawiając i udając młodych ludzi i morze.

 

Stomboli jest jeszcze spokojniejsza niż Vulcano. Mniejsza, bardziej tajemnicza, dzika. Zachwyciła swoją naturalnością i szczerością. Wiem i jestem pewna, że jeszcze tam wrócę.