W czwartek profesor Uniwersytetu Warszawskiego został pobity przez jakiegoś psychopatę (przepraszam, ale inaczej nie da się tego nazwać), bo rozmawiał ze swoim kolegą z Uniwersytetu w Jenie po niemiecku. W sobotę w warszawskim metrze agresywny mężczyzna zwyzywał dwie Azjatki i kazał im “wyp***ć” z Polski. Czy to, co zaczyna się dziać i czego jesteśmy świadkami jest normalne?
Dziwimy się, że w Anglii Polak został zabity, bo mówił po polsku, ale jak to Polacy stają się agresywni w stosunku do obcokrajowców przebywających w Polsce, to zaczynają się podnosić głosy, że “oko za oko”, że “Polska dla Polaków”, że “wszyscy obcokrajowcy w Polsce powinni mówić po Polsku” czy w końcu, że “Niemiec zrobił to, Włoch jest taki, a Arab to brudas, więc mu się należy”.

Od małego Tato wpajał mi, że języki obce to podstawa i że bez nich ani rusz. I to dlatego od siódmego roku życia mówię po angielsku, od trzeciej gimnazjum mówię po włosku, od 2 lat uczę się francuskiego, a od roku arabskiego. I po co mi to? Bo nauka języków jest dla mnie ważna, bo daje mi mnóstwo radości, bo jest moją pasją.

Byliśmy ostatnio w Muzeum Solidarności w Gdańsku i kupiliśmy sobie taki piękny plakat z ręką ułożoną w znak “Victorii” z napisem “Wolność ’89”. Wolność. Bo po 1989 w Polsce na nowo, po wielu latach, znowu zaczęła rodzić się wolność. Wolność słowa, wolność myśli, wolność rozumiana na wiele sposobów.
Freedom, libertà, liberté, Freiheit, svoboda, حُرِّية

Dlaczego o tym piszę? Bo akurat ten temat dotyka mnie bardzo osobiście. Bo nie chcę się bać, że pewnego dnia to ja zostanę pobita w tramwaju, bo mówiłam po włosku. Bo chcę spać spokojnie, gdy Kot wychodzi z kolegami na miasto. Bo nie chcę wracać z sobotniej kolacji na mieście i udawać w tramwaju, że się nie znamy, albo że jesteśmy głochoniemi.
Nie raz wracaliśmy wieczornym autobusem i porozumiewaliśmy się za pomocą mrugnięć, bo strach było się odezwać w języku innym niż Polski.
Nie raz Kot został wzięty za muzułmanina (bo ma brodę i ciemną karnację), który przybył do Polski w zamiarach terrorystycznych (i na szczęście ci “prawdziwi polacy” dali mu spokój, bo wspomniał o Papieżu Wojtyle).
Nie raz koledzy z pracy wypominali mu, że jest w Polsce i kradnie miejsca pracy Polakom. Co z tego, że żaden z nich nie potrafił mówić po włosku.
Nie raz zostaliśmy zatrzymani na lotnisku w Balicach z powodu dodatkowej kontroli osobistej, bo celnicy muszą dbać o bezpieczeństwo pasażerów, gdy ktoś zwraca ich szczególną uwagę (czyt. “wydaje mi się, że jesteś terrorystą. Nie? Och, to szkoda”).

Jestem ciekawa ilu z tych “prawdziwych patriotów” przeczytało z własnej i nieprzymuszonej woli książkę o historii Polski; ilu z własnego wyboru kocha i szanuje Polskę i uważa ją za kraj z ogromnymi możliwościami rozwojowymi; ilu z nich wybiera golonkę czy pierogi nad kebaba i w końcu ilu z nich wystawiło nos poza swoją osiedlową norkę…

Żyję i chcę żyć w kraju wolnym i pięknym, gdzie ja i moje wybory są respektowane. Gdzie tolerancja dla odmienności równa się nietolerancji dla chamstwa i agresji. Gdzie obok Polaka żyje Ukrainiec, Portugalczyk, Meksykanin czy Koreańczyk i nie jest wytykany palcami, bo jest inny.
Nie chcę się bać, że dostanę w twarz od jakiegoś pseudo-narodowca, bo rozmawiam po włosku czy po angielsku. Nie mam zamiaru zastanawiać się nad tym, czy osoba z którą wychodzę na kawę jest “zbyt arabska”, “zbyt grecka”, “zbyt niepolska” czy ma po prostu nieco ciemniejszy odcień skóry.

Nie chcę się bać i nie mogę się bać. Bo ci, którzy mają wszczepioną jedynie “propolską tolerancję” będą rosnąć w siłę i cieszyć się, że większość jest w mniejszości.
Nie, bo nie. Po prostu.