Połowa roku za nami. Jak ten czas szybko płynie! Dopiero mieliśmy marzec. Już koniec czerwca. Lubię ten miesiąc. Tak ogólnie. Za lato, truskawki i piwonie. Za ciepłe i długie wieczory. Za radość i bezgraniczne szczęście.

Tegoroczny czerwiec zagrał mi jednak na nosie. Pewnie ktoś gdzieś przypatrywał mi się uważnie od jakiegoś czasu. Pewnie stwierdził, że moje szczęście i uśmiech nie mogą być nieskażone smutkiem. Że muszą zostać wystawione na próbę. To samo z cierpliwością. Pewnie los zaśmiał się ze mnie widząc, że nieźle mi idzie. Pewnie stwierdził: “Czujesz się aż tak pewna siebie? Myślisz, że nauczyłaś się cierpliwości? No to sprawdźmy to!”. No i sprawdza. Od miesiąca. I czuję, że jeszcze trochę mnie przytrzyma.

 

A tymczasem w czerwcu…

Słucham – odgłosów natury. Częste wyjścia do kina zamieniłam na częste spacery, podczas których towarzyszą mi szum drzew, wiatr i ćwierkanie ptaków. Cisza przeplatana naturalnymi dźwiękami ma w sobie niezwykłą magię. Uspokaja, odstresowuje, pomaga chociaż na chwilę zapomnieć o problemach dnia codziennego. A te w tym miesiącu zaczęły się gromadzić lawinowo.

 

 

Chciałabym – w końcu odpocząć. Odciąć się od tego, co się dzieje. Oczyścić umysł. Chciałabym, żeby było dobrze. Chciałabym, żeby życie moje i moich bliskich wróciło do normalności. Żeby toczyło się spokojnie i bez tych wszystkich wyskoków, które zafundował nam czerwiec.

 

Czytam – mało i rzadko, niestety. W tym miesiącu mój wybór padł na “Lapidarium” Kapuścińskiego i reportaże o budowie Pałacu Kultury i Nauki. Zadziwiające jest, że książka Kapuścińskiego pisana w latach 80. XX wieku ma w sobie tyle prawd, które odnosić się mogą do obecnych czasów.

 

Oglądam – niestety, w czerwcu nic nie oglądałam. Brak czasu i konieczne określenie priorytetów spowodowało, że moja karta do kina obrosła w pajęczynę. Mogłabym wciągnąć się w jakiś serial, ale jeśli mam wybierać między snem a odcinkiem, to wolę wypocząć i podładować energię.

 

Planuję – mało i niestarannie. Do tej pory w weekendy miałam zaplanowany cały kolejny tydzień, a teraz każdy dzień zdaje się być niewiadomą. Staram się rozplanować chociaż tygodniowe treningi tak, żeby nie zaprzepaścić tego, co do tej pory wypracowałam. Dodatkowo planuję sierpniową podróż do USA i road trip. Idzie mi powoli, ale coś czuję, że konkretne planowanie przypadnie dopiero na lipiec.

 

Uczę się – cierpliwości, uważności, empatii i słuchania. Uczę się i zauważam, że los jest przewrotny. Że to, o co prosimy przychodzi w najmniej spodziewanym momencie. Słowem, które wybrałam na ten rok było “Zdrowie”. Do czerwcowego Passion Plannera wpisałam, że w tym miesiącu chcę popracować nad relacjami. I faktycznie, jedno i drugie dało o sobie znać. Szkoda tylko, że o relacje z najbliższymi byłam zmuszona zadbać w obliczu choroby.

 

Czuję się – zmęczona. Bardziej psychicznie niż fizycznie. Tysiąc zajęć dodatkowych, które zawsze sobie znajdywałam nie wyprało ze mnie nigdy tyle siły i energii, co stres, zmartwienia i choroba w rodzinie. Na szczęście po każdej burzy wychodzi słońce. Tego się trzymam i w to staram się wierzyć.

 

Tęsknię – za spokojem. Takim zwykłym, codziennym. Za względnym brakiem zmartwień. Za moją codzienną rutyną. Za głową pełną pomysłów na to, jak spędzić czas a nie, jak rozwiązać kolejne problemy. Wierzę jednak, że wszystko co złe kiedyś się kończy i że trwa po coś. Aby coś przekazać, aby na coś zwrócić uwagę, aby kiedyś nie było za późno.

 

 

Mój czerwiec był inny poprzednie miesiące. Przyciągnął szarą chmurę na moje beztroskie myśli. Kazał zainteresować się nie tylko sobą. Zagroził szczęściu i otworzył oczy. Wiem, że było to potrzebne, ale też mam nadzieję, że więcej się to nie powtórzy. 
A jaki był Twój czerwiec? Mam nadzieję, że bardziej kolorowy niż mój.