To ostatni październikowy poniedziałek. Jest wcześnie rano, za oknem ciemno, Kot jeszcze śpi, a ja trzymam ogromny kubek w króliki z gorącą herbatą i tym samym dziwnie zaczynam ten dzień. Nie od kawy, a od herbaty. To się nigdy nie zdarza i tym samym czuję, że powoli nadchodzą zmiany.

Coś się kończy, coś zaczyna. Tegoroczny październik minął mi trochę za szybko. Nie zdążyłam najeść się śliwek na zapas, nie zdążyłam nacieszyć oczy kolorowymi liśćmi, które tak pięknie wirują na wietrze kiedy spadają. Nadchodzi plucha, krótsze dni i minusowe temperatury. Ale nie ma tego złego – w końcu listopad to czas filmów oglądanych wspólnie w ciepłym łóżku pod kołderką w towarzystwie pizzy, czas ogromnych dzbanków aromatycznych herbat i wsłuchiwania się w odgłos kropli deszczu, uderzających w parapet. Tak, listopad też będzie piękny i radosny.

 

 

A tymczasem w październiku…

Słucham – różnych rzeczy. Trochę rozwojowych podcastów, wykładów z TED, muzyki klasycznej, energetyzujących rytmów latino i relaksującego deep house’u. Totalny mix! Najczęściej sięgam jednak po ścieżkę dźwiękową z filmu “La La Land” i zastanawiam się, czy nie wybrać się na koncert z muzyką z tego filmu, który odbędzie się w listopadzie w Krakowie.
Dzięki buszowaniu na YT znalazłam rewelacyjną przeróbkę muzyki do “La La Land” na wiolonczelę i fortepian. Magia!

 

Chciałabym – aby moje pozytywne nastawienie i dobra energia, którą miałam we wrześniu powróciły. W ostatnich dniach zadomowiła się u mnie jesienna chandra, która podważa każdy pomysł i poddaje w wątpliwość każdą wykonywaną przeze mnie czynność. Chciałabym, żeby powróciła moja wena do pisania. Ostatnio nie mogę się na niczym skupić, a składanie słów w zdania przynosi mi ogromną trudność. Chciałabym też chociaż na chwilę przenieść się znowu na Sycylię. Słońce i wysokie temperatury są dla mnie ogromnym motywatorem i napędzają mnie do działania i to właśnie tego ostatnio mi brakuje.

 

 

Czytam – “Lapidarium II” Kapuścińskiego, które zachwyca trafnością uwag i mimo, że pisane w latach 90. XX wieku jest jak najbardziej aktualne również i dzisiaj. W październiku skończyłam też lekką opowieść “Miłość w Apulii”, która mówi o życiu Australijczyka na południu Włoch oraz “Conviction”, czyli mój pierwszy od wielu, wielu lat przeczytany romans.
Po krakowskich targach książki, które odbyły się w ten weekend, pojawiły się kolejne, wymarzone od dawna, pozycje. Pewnie nie skończę ich wszystkich w listopadzie, ale przynajmniej wiem, że czeka mnie sporo dobrej lektury.

 

 

Oglądam – nowości kinowe i przypadkowo napotkane komedie włoskie (uwielbiam jak Włosi naśmiewają się w filmach z samych siebie). W październiku udało mi się obejrzeć najnowszy (jak dla mnie piękny i nostalgiczny) film pary Krauze – Kos-Krauze, czyli “Ptaki śpiewają w Kigali”, cudny “Twój Vincent”, którym zachwycali się również moi włoscy znajomi. Na mojej liście znalazła się też sympatyczna komedia z Reese Witherspoon w roli głównej, czyli “Wszyscy moi mężczyźni” oraz “Pomiędzy nami góry” z niewykorzystanym potencjałem Kate Winslet.

 

 

Planuję – ostatnie miesiące tego roku, wpisy na bloga, nowe kursy i szkolenia, tygodniowe jadłospisy i treningi na siłowni. Staram się być chociaż trochę zmotywowana mimo jesiennego marazmu, który mnie dopadł.

 

 

Uczę się – siebie. Nieustannie i bez przerwy. Wyciągam wnioski, podejmuję decyzje, staram się dojść do tego czego nie chcę i na czym zależy mi najbardziej. Uczę się stawiać siebie na pierwszym miejscu i działać przede wszystkim zgodnie z samą sobą. Wracam powoli do zdrowego egoizmu, który w czerwcu odstawiłam trochę na boczny tor.

 

 

Czuję się – dziwnie. Z jednej strony chciałabym dużo robić, a z drugiej – nie mam na nic siły i ochoty. Brak weny osłabił moją pracę nad blogiem i prywatnymi planami. Mam nadzieję, że listopad przyniesie powiew świeżości i przywróci mi dawną energię.

 

 

Czekam na – listopadowy wyjazd do Poznania. Zawsze chciałam spędzić 11 listopada w stolicy Wielkopolski, uczestniczyć w wydarzeniach zorganizowanych z okazji św. Marcin i zjeść prawdziwego, pysznego Rogala Marcińskiego. Nareszcie to mini marzenie się spełni. Dodatkowo na ten weekend mamy zaplanowany pobyt w SPA wraz z masażami, sauną, jacuzzi oraz wystawę dzieł Fridy Kahlo. To będzie weekend pełen moich małych przyjemności, na które czekam z utęsknieniem.

 

 

Pracuję nad – blogiemi i nad sobą. W październiku na dobre powróciłam do praktykowania jogi. Póki co, chodzę na nią raz w tygodniu, ale czuję, że zwiększę częstotliwość zajęć.

 

 

Tęsknię za – Sycylią i kuchnią sycylijską, oczywiście. Tęsknota za Katanią, moim drugim domem, dopada mnie zawsze, kiedy stamtąd wracam. Uświadamiam sobie, że pomimo tego, że na Sycylii wiele spraw nie wygląd tak kolorowo i wcale nie żyje się tam tak łatwo, czuję, że to moje miejsce na ziemi. Gdybym mogła się tam przeprowadzić już dzisiaj, bez zbędnego zastanowienia zaczęłabym pakować walizki.

 

 

Jestem wdzięczna – za to, że mam ręce, nogi, że widzę, czuję i potrafię cieszyć się z małych rzeczy. Że zaczynam naprawdę cieszyć się jesienią i że przyjmuję zmianę pór rok mniej drastycznie niż jeszcze kilka lat temu. O wiele lepiej się żyje, jeśli człowiek nie narzeka na to, co jest od niego niezależne i stara się zaleźć pozytywne aspekty w mało lubianych rzeczach.

 

 

Taki był mój październik. A co dobrego przyniósł Tobie?