Pierwsza noc w Las Vegas nie należała do najprzyjemniejszych. Koszmarne sny, obawy, czy znajdziemy auto na parkingu i ta klimatyzacja. Wstaliśmy o 8 lekko zakatarzeni i zaczęliśmy myśleć, jak rozplanować cały dzień. Po przygodach poprzedniego wieczoru (klik) nie mieliśmy ochoty dosłownie na nic. W dodatku dopadł mnie tak wielki kryzys, że cały dzień wycierałam oczy i smarkałam w chusteczki.

 

 

Wzięliśmy prysznic, zrobiliśmy kawę i zjedliśmy śniadanie. W recepcji motelu okazało się, że jeśli zostaniemy na kolejną noc zapłacimy za nią tylko 55$ za cztery osoby. Nie wahając się ani chwili dłużej przedłużyliśmy pobyt w The Thunderbird Hotel do następnego ranka.
Po śniadaniu wybraliśmy się na krótki spacer po okolicy. To, co uderzyło mnie tuż po wyjściu z pokoju to, po pierwsze, widok z piętra, a po drugie temperatura na zewnątrz. Widok robił wrażenie tym bardziej, że braliśmy ten pokój dobrze przed północą i ostatnią rzeczą, na którą zwracaliśmy uwagę był widok z okna. Temperatura na zewnątrz przekroczyła 100° F (a była dopiero 10:00 rano). Przeszliśmy się trochę po Stripie (Las Vegas Blvd – główna ulica), fotografując palmy, wedding chapels, murale i zastanawiając się nad drugą stroną tego miasta. Co chwilę mijaliśmy bezdomnych żebrzących lub śpiących na tekturowych podkładkach pod zamkniętymi sklepami. Smutny to widok, tym bardziej w mieście słynącym z bogactwa i nieopisanego luksusu.

Widok z okna

 

 

Celem naszego spaceru był najsłynniejszy (podobno) lombard The Pawn. Nie oglądam telewizji, nie wiem na czym ten program polega, więc uwierzyłam mojej siostrze na słowo, że jest to najbardziej oblegane miejsce w Las Vegas zaraz obok Bellagio i Ceasars Palace. Biorąc pod uwagę ochronę i kolejkę przed wejściem oraz liczne kamery w środku jakoś mnie to nie dziwi. Co można tam kupić? Oprócz gadżetów związanych z programem w The Pawn można nabyć biżuterię, cenne antyki, obrazy znakomitych malarzy (Dali, Picasso) i inne mniejsze lub większe “pierdółki”.

 

Po wizycie w lombardzie zdecydowaliśmy, że jest zbyt gorąco i duszno, by siedzieć w mieście i pojechaliśmy do parku Red Rock Canyon oddalonego od Las Vegas o jakieś 30 minut jazdy samochodem.

 

 

Red Rock Canyon

Red Rock Canyon to park formacji skalnych, wśród których znajdziemy liczne kolorowe skałki z piaskowca. Malownicza trasa jest otwarta dla samochodów, jednakże co chwilę, przy kolejnych punktach widokowych, dostępne są parkingi, gdzie można zostawić auto i udać się na spacer lub wspinaczkę.

Mimo tego, że Red Rock Canyon to park stanowy, karty wydawane przez parki narodowe są tu akceptowane (normalnie całodzienny bilet kosztuje $7). W Visitors Center można zwiedzić ciekawą wystawę na temat tego miejsca i dokładnie przyjrzeć się tutejszej roślinności i gatunkom zwierząt.

Cała trasa liczy 21 km i jest świetną alternatywą dla gorącego i chaotycznego Las Vegas. To właśnie tutaj, w RRC, zdałam sobie sprawę z tego, że po tak długim pobycie na łonie natury, ogromne miasto jakoś dziwnie mnie nie bawi.

 

Po odpoczynku wróciliśmy do Las Vegas na obiad. Skoro Ameryka, to burgery. Parę miesięcy przed wyjazdem dowiedziałam się od kolegów z pracy (pozdrawiam Was chłopaki) o jedynym takim miejscu w Stanach, gdzie można sobie wybrać, w zależności od wielkości głodu, pojedynczego, podwójnego, poczwórnego, a nawet ośmiokrotnego burgera. Tak, takie miejsce istnieje, nazywa się Heart Attack Grill i znajduje się przy 450 Fremont St, w samym sercu Las Vegas Downtown. I właśnie to miejsce wybrałam na nasz obiad.

Heart Attack Grill to dość specyficzna i zabawna restauracja, w której klient zamienia się w pacjenta (dostaje nawet specjalne szpitalne kubraczki) i jest obsługiwany przez skąpo ubrane pielęgniarki. Menu, jak sama nazwa wskazuje, ma przyprawić o atak serca i kto wie, może ten ośmiokrotny burger faktycznie tak działa. My zdecydowaliśmy się na pojedyńczego i podwójnego burgera, a do tego frytki i napój. Nie myślałam, że te burgery czymś mnie zaskoczą. Wydawało mi się wręcz, że Heart Attack to lokal nastawiony tylko na szokowanie klientów, dobrą zabawę i zbijanie dolarów (niby ceny są przeciętne, ale jednak do najtańszych nie należą). Powiem Wam, że jeśli będziecie mieć kiedyś możliwość, jeśli będziecie w LV i zachce się Wam burgera, to idźcie do Heart Attack. Mięso jest dobrze doprawione i wysmażone, do tego chrupiąca bułka, bekon, ser i pomidor. Spokojnie najecie się pojedyńczym burgerem, a podwójny będzie idealny na obiad i kolację. My pojedliśmy, pośmialiśmy się i wróciliśmy do hotelu, żeby odpocząć i chociaż trochę przetrawić zjedzone kalorie.

 

Popołudnie i wieczór spędziliśmy spacerując po Las Vegas Boulevard. Obserwowaliśmy śmiałków, skaczących na bungie ze Stratosphere Hotel, patrzyliśmy raz w prawo, raz w lewo na coraz to wyższe i bardziej luksusowe hotele. Zachwycaliśmy się różnokolorowymi światłami i bijącym zewsząd blaskiem. Odwiedziliśmy Encore Hotel, słynny Ceasars i Bellagio oraz przepiękny Venetian. W Encore i w Paris graliśmy w kasynie, oglądnęliśmy wspaniały pokaz fontann pod Bellagio i zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia pod Wieżą Eiffla oraz pod Fontanną di Trevi.

Caesars Palace wewnątrz

 

Ten cały wieczorno-nocny przepych Las Vegas potrafi zachwycić turystów i omamić spragnionych wrażeń. Co chwilę uświadamiałam sobie jednak, że to tylko bardzo powierzchowne i kiczowate piękno. Że tak naprawdę to miasto ma drugą, smutną twarz. Pełno tu pijanych kawalerów i, zarabiających na nich, naganiaczy do klubów go go. Co chwilę spotkać można półnagie kobiety, z którymi za ustaloną kwotę można zrobić sobie zdjęcie. Pełno tu bogatych hazardzistów, którzy bez mrugnięcia okiem, ale z dziwnym podnieceniem, ładują kolejne pięćdziesięciodolarówki w maszyny do gry. Są jeszcze śpiący na kartonach bezdomni i naćpani żebracy, którzy pewnie kiedyś byli jednymi z tych zachwyconych turystów. Pewnie przyjechali tu tylko na weekend, żeby zagrać za symboliczne 10$. Ich los potoczył się jednak inaczej i teraz na stałe wpisani są w obraz miasta. Smutne.

 

Kiedy byłam mała bardzo chciałam zobaczyć centrum Las Vegas skropione blaskiem wieczornych świateł. Dzisiaj myślę sobie, że to miasto jest sporo przereklamowane. Czy mi się podobało? I tak, i nie. Robi wrażenie, ale dla mnie chyba na zawsze zostanie miastem jak z najgorszego koszmaru. Gdzie można zobaczyć wszystko, nawet to, na co niekoniecznie ma się ochotę.

 

 

Na mojej bucket list było oczywiście zagranie w kasynie w Las Vegas. Nie mogłam tego nie zrobić. Najpierw miałam grać w Encore, ale wnętrza tego hotelu są tak ładne, że wolałam cykać sobie selfie niż wybrać jakąkolwiek maszynę. Zdecydowałam się na zagranie w Paris (to ten hotel od Wieży Eiffla) i gdy już zdecydowałam się gdzie chcę przegrać moje pieniądze, zostałam poproszona o wylegitymowanie się. Zwyczajnie, tak po prostu. Stanęłam sobie z Pauliną przy stole z rosyjską ruletką, jak gdyby nigdy nic, że niby tylko popatrzeć. I nagle poproszono nas o paszporty. Nie miałyśmy paszportów, więc dałyśmy polski dowód osobisty. Przeszedł on przez ręce kilku osób, po czym poinformowano nas, że musimy opuścić teren kasyna, ponieważ… nie jesteśmy pełnoletnie, ponieważ… nie mamy ważnego dokumentu (tak, to jest moment, kiedy możecie zacząć się śmiać). I co z tego, że na dowodzie jest wyszczególniona data urodzenia, dla nich i tak nic ona nie znaczy. Oni chcą paszport albo prawo jazdy. Nie miałyśmy ani jednego, ani drugiego, więc udałyśmy, że idziemy do wyjścia, a tak naprawdę poszłyśmy grać na maszynach. I całe szczęście, bo udało mi się wygrać całe 4,43$.

 

Kasyna w Las Vegas to dosyć osobliwe miejsce. Pełno tam poważnych ludzi, a każdy z nich ma ten sam wyraz twarzy – coś pomiędzy tępą miną maniaka gier komputerowych, a super inteligenta, który oblicza w głowie jakieś niestworzone wzory matematyczne. Masakra! Skupienie i niezrozumienie sytuacji mają wymalowane na twarzy. Ciekawa jestem, ilu z nich modli się do wirtualnego boga hazardu o wygraną.

 

Było już dobrze po północy kiedy stwierdziliśmy, że czas wracać. W końcu ile można oglądać jedno i to samo i ile razy można wydawać dolara za dwie małe schłodzone buteleczki wody (o północy nadal było ponad 30° C, a przy Stripie nie ma żadnych sklepów spożywczych czy marketów). Skierowaliśmy się w stronę hotelu, do którego dotarliśmy po jakiejś godzinie spaceru. Ostatnią pamiątką jaką miasto zostawiło w naszych głowach był widok młodej bezdomnej dziewczyny, która nagle, ni z tego ni z owego, ściągnęła spodnie, majtki i zaczęła sikać na środku chodnika. Tak, Viva Las Vegas.

Po tym incydencie uznaliśmy, że widzieliśmy już wystarczająco dużo i że ze spokojnym sercem możemy opuścić Las Vegas. Wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać. Następny dzień mieliśmy spędzić w Dolinie Śmierci. Mieliśmy nadzieję, że przeżyjemy ją bez żadnego problemu.

 

 

Przydatne informacje:

Red Rock Canyon:

  • Opłata za wjazd: 7$. Park akceptuje karty wydawane przez parki narodowe (np. America The Beautiful oraz Senior Pass).
  • Więcej informacji na http://www.redrockcanyonlv.org/

 

Przeczytaj również:
Road Trip po USA czas zacząć – dzień 1 i 2 
Utah, Arches i Monument Valley – dzień 3
Magia Arizony, czyli Horseshoe Bend i Antelope Canyon – dzień 4
Cześć Utah, to znowu my! Bryce Canyon i Zion – dzień 5
Marzenia się spełnia, czyli Grand Canyon Colorado – dzień 6
Grand Canyon, Hoover Dam i koszmar w Las Vegas – dzień 7
Zobaczyć Dolinę Śmierci i przeżyć – dzień 9