Na film “Zanim się pojawiłeś” poszłam z torebką wypchaną paczkami chusteczek. To nie nowość, że lubię sobie popłakać. Szczerze powiedziawszy, to ja jestem w stanie rozpłakać się na każdym filmie. Czy to animacja, czy dramat, czy sensacja, czy romans. Praktycznie rodzaj filmu nie ma tutaj znaczenia. Łza pojawia się znienacka, przechodzi w szloch, a czasami nawet w rzęsisty płacz. Takie moje małe “katharsis”.
Tak więc poszłam na ten melodramat (najlepszy gatunek filmu, żeby sobie do woli popłakać) i miałam ogromną nadzieję, że nie starczy mi chusteczek. Niestety, zalegają one w mojej torbie. Od razu wyjaśnię, to nie tak, że film mnie nie wzruszył. Wzruszył i to bardzo. Pośmiałam się, popłakałam sobie, porozmyślałam o rzeczach ważnych i ważniejszych, ale powiem szczerze, że na film wybrałam się z przekonaniem, że będę ryczeć jak bóbr. Może to i lepiej, że tak się nie stało. Byłoby wstyd wracać przez całe miasto z buzią, która wygląda jakby dopadło mnie stado os.
y2
Film powstał na podstawie powieści Jojo Moyes. Podobno jeszcze przed jego wejściem do kin rozpoczęła się dyskusja dotycząca eutanazji, pełnosprawnych aktorów grających role niepełnosprawnych osób oraz obrazu osób niepełnosprawnych jako ciężar dla swoich bliskich. Umówmy się, kino jest po to, aby coś nam przekazać, aby bawić i uczyć. A jeśli zastanowimy się trochę nad pozycją osób ograniczonych ruchowo w naszym społeczeństwie to dojdziemy do wniosku, że są oni spychani na margines, niekiedy wbrew ich woli. I powiedzmy sobie szczerze, takie są realia. Zaprzeczając temu będziemy hipokrytami.
Dodatkowo większość całkowicie zdrowych ludzi nie wie, jak ma się zachować w obecności niepełnosprawnego. Nie wie, czy wypada żartować, o co można zapytać, jaką pozycję przyjąć. Prawda jest taka, że to my zdrowi ludzie zaczynamy budować sobie w głowie te ograniczenia. Co do bycia ciężarem – ten, kto chociaż raz miał nogę lub rękę w gipsie wie, że już taka mała niepełnosprawność potrafi być obciążająca dla bliskich. I pewnie poleje się na mnie fala krytyki za to co piszę, ale tak jest. I jedyne co jest nam w stanie pomóc i dodać odwagi w takiej sytuacji to pewna nić porozumienia z niepełnosprawną osobą. Przyjaźń lub miłość, która nie patrzy na pochodzenie, na kolor skóry czy na możliwość poruszania palcami.
y3
Podobna historia łączy naszych bohaterów. Lou (urocza Emilia Clarke) to kolorowa, słodka i pozytywnie nastawiona do życia dziewczyna, mieszkająca w małym angielskim miasteczku. Lou nie ma pomysłu na swoje życie, nie wie co z nim zrobić i tyka się wszystkiego, żeby tylko pomóc swojej rodzinie w finansowych potyczkach. Po kilku próbach szukania pracy Lou zostaje opiekunką niepełnosprawnego Willa Traynora (Sam Claflin).
Will był kiedyś bożyszczem kobiecych serc. Miał wszystko – urodę, inteligencję, świetną pracę, piękną kobietę i nowoczesne mieszkanie. Ta piękna bańka mydlana pękła w momencie, gdy chłopak został potrącony przez motocykl. Od tamtej pory jeździ on na wózku inwalidzkim, nie ma czucia w nogach i w rękach. Jest zgorzkniałym, bezczelnym i humorzastym snobem, który nie potrafi pogodzić się z tym, co się stało. A żeby tego było mało, mieszka w przepięknej posiadłości z ogromnym ogrodem. Jego gruboskórność powoli topnieje pod wpływem sympatycznej, trochę niezdarnej i bardzo gadatliwej dziewczyny, która ma tyle szalonych i dziwnych pomysłów, ile par ekstrawaganckich butów.
Ci, którzy przeczytali książkę Jojo Moyers będą wiedzieć jak ten film się kończy. Ci, którzy nie czytali, niech przeczytają a następnie wybiorą się na seans.
yyyy
“Zanim się pojawiłeś” to obraz, który wydaje się być lekki, ale mimo wszystko zmusza widza do zastanowienia się nad swoim życiem i nad podejściem do drugiego człowieka. Krytycy na pewno powiedzą, że “to już było”, bo owszem było, ale nie w tak uroczej i słodkiej wersji. Byli “Nietykalni”, było “Gwiazd naszych wina” czy też “Szkoła uczuć”, ale mimo to, oglądając “Zanim się pojawiłeś” nie ma się wrażenia znużenia tematem. Nie ma banału i scen z wymuszanymi na siłę dialogami. No dobra, może kilka, ale nie jest to jakoś bardzo przesadzone. Fabuła jest taka, jakiej się spodziewany. Ale nie oszukujmy się, nie o fabułę tu chodzi. Tu chodzi o emocje i poruszenie serc widzów. I trudno się nie zgodzić, że to akurat reżyserce Thei Sharrock wyszło całkiem nieźle. Film ściska za serce i za gardło. Czy przejdzie on do kanonu kinematografii? Pewnie nie, ale będzie się do niego chętnie wracać w letnie leniwe popołudnia i w jesienną słotę.

Kreacje obojga aktorów są niezwykle ujmujące. Czuć między nimi chemię i chęć stworzenia pięknego obrazka. Po prostu fajnie się na nich patrzy. Emilia Clarke jest przeurocza jako Lou. Co więcej, wszystkie te… dość specyficzne zestawy ubrań dodają jej jeszcze więcej urody. W niektórych momentach zastanawiałam się, czy ta dziewczyna też się tak ubiera w swoim prawdziwym życiu. Przystojny Sam Clanflin bardzo się stara dorównać swojej koleżance z planu, jednak Emilia ma na tyle mocną rolę, że jego zadanie jest jeszcze bardziej utrudnione. To czego brakowało mi w roli Sama to ten ogromny ból jego bohatera. Nie jesteśmy świadkami żadnej ze scen, w której Will cierpi i wydaje się to trochę sztuczne, że taki dorodny samiec porusza się na wózku inwalidzkim i chce umrzeć, tak po prostu.
Klimat filmowi dodają piękne zdjęcia angielskich krajobrazów oraz muzyka, które idealnie wpleciona w sceny potrafi wycisnąć łzę.

“Zanim się pojawiłeś” to film, który ma ścisnąć za serce i przypomnieć nam co w życiu jest najważniejsze. Osoby niepełnosprawne są takimi samymi ludźmi jak ci, którzy nie mają żadnych ograniczeń. Mają swoje marzenia, miłości, plany. Ich utrata jest bardziej bolesna niż mogłoby się wydawać. A chęć życia niekiedy (a może wręcz bardzo często) przeistacza się w pragnienie śmierci. Wejście do świata osoby niepełnosprawnej pozwala nam zmienić nasze myślenie o ich świecie i ogólne podejście do życia. Zaczynamy doceniać to co mamy. Bo przecież to, że masz możliwość, to luksus. Warto o tym pamiętać.

Save